Misja po Nowy Świat [sesja]

Strona 2 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next

Go down

Re: Misja po Nowy Świat [sesja]

Pisanie by Skrzynek on Sob Gru 02, 2017 2:57 am

Miriam była zła. Mimo tego że napaść na obóz tych półgłówków skończyła się znakomicie, nie czuła wcale satysfakcji. Próbowała się przekonać, że wszystko potoczyła się świetnie. Utarła nosa tej dwulicowej kapłance (ta, akurat, rany leczyć! I to za darmo! Za darmo to wiadomo co można dostać...), zdobyła zapasy jedzenia, pokazała się jako siła z jaką należy się liczyć. No i miała nową koszulę i nóż! I to wszystko jeszcze przed południem [bo też ekipa wyruszyła na polowanie na węża z samego rana]

... Więc dlaczego czuła się z tym tak paskudnie? Dlaczego korciło ją by zawrócić i poobserwować ich jeszcze, nawet jeśli nie było po co, po prostu by to zrobić?
Szybko się jednak z tego otrząsnęła. Gdybanie, martwienie się i bujanie w obłokach przeszkadzało w byciu czujnym. A  dożyła tego dnia tylko i wyłącznie dzięki swojej czujności.

[Poniższe jest scenariuszem przeze mnie preferowanym, skupionym na zarządzaniu zasobami przy założeniu że 7 osób w ruinach też spędzi ten dzień na przygotowywaniu zapasów - łowienie ryb, ulepszanie obozu i takie tam. Przygody są okej, ale najlepiej jest jak potacie mają jednak czas pomiędzy nimi na przygotowanie się, a Miriam teoretycznie żyje tam już 3 lata jak nie dłużej, więc wedle mnie nie powinna mieć aż takich problemów z omijaniem zagrożeń (jakpy co to po to ma "pitbulla"). Ah, no i przy konserwowaniu mięsa opieram się głównie na sztuczce "dieta rozbitka". Jeśli coś miałoby udać jej się lepiej albo gorzej niż tu przewiduję to spoko, ale byłoby smutno gdyby była cały dzień w plecy przez kiepski rzut na unikanie kobry albo co :< ]


Gdy odeszła kawałek od ich ruin zaczęła zwracać większą uwagę na to, by zostawiać możliwie jak najmniej śladów klucząc między drzewami w stronę swojego obozu. Był tymczasowy, bo podróżowała, i wczoraj rozłożyła się z hamakiem w złym miejscu, bo trochę ją przewiało i chyba dostała przeziębienia. No ale nie szkodzi, po prostu rozłoży się lepiej tej nocy. Najpierw jednak...[Po rozmowie z Mistrzem gry doprecyzowałem, że Miriam ma tutaj swoją stałą siedzibę w postaci dziupli, w której trzyma swoje rzeczy. Podróżowała ostatnio, śpiąc na hamaku, i to wtedy się "przeziębiła", oraz przez to nie było jej gdy statek się rozbił] Potrzebowała tylko zabrać kilka rzeczy i napić się wody zebranej z miejscowych roślin  by ugasić pragnienie.
Później przeszła jeszcze przynajmniej pół mili (albo i milę) by znaleźć odpowiednie miejsce na rozpalenie ognia - dość daleko by dym był dla operujących nocą wyjców fałszywym tropem, i dość by znaleźć miejsce na słońcu, z dala od wodopojów czy ścieżek, oraz z ładnymi kamieniami które pomogą jej dostać się do szpiku w kościach.
Trzeba się było szybko uwijać, by starczyło jej dnia, więc zbierała odpowiednie drewno już po drodze. Ciążyło jej to wszystko, małpy, chrust i wilcza skóra (którą wzięła by móc się czymś przykryć w celu odpędzenia przeziębienia). Ale nie od tego miała tak szerokie plecy, by ich nie używać!

Poruszała się w stronę bardziej zbadanych przez siebie terenów więc jakoś udało jej się przygotować wszystko jeszcze przed zenitem. Gdy była już miejscu zaczęła od ostrzenia przez kwadrans zdobycznego nożyka oraz rozpalenia drobnego ognia, takiego który tylko ogrzałby jej stopy, które odwinęła z onucy by wyschy. Potem przystąpiła do szybkiego oprawienia małp. Wątróbki oraz jądra samca wszamała na surowo jeszcze podczas pracy, wysysając też tyle krwi ile się dało (jeśli jeszcze się dało), a mięso dzieliła na dwie części.
Większość kończyła jako cienkie paski które nacierała włąsnej roboty mieszanką ziół (mającą konserwować oraz nadawać nędzną imitację dobrego smaku) oraz soli morskiej (zeskrobanej niedawno z przybrzeżnych skał z narażeniem życia na czychających w zatoce "morskich ludzi"). Tak przygotowane porcyjki podwiązywała za rzemienie do długich, protych patyków i wieszała je nad ogniem, by szybciej schły. Do paleniska dodała też trochę aromatycznego drewna by nieco się też uwędziły, ale na tyle mało by dym szybko się rozwiewał i nie wabił dziwności (dopiero przez ostanite pół roku udało jej się znaleźć gatunek drzewa który nie przyciągał żadnego potwora. I dobrze, bo porzucanie niemalże uwędzonego miesa albo potrzeba jego obrony były strasznie frustrujące...).

Drugą częścią mięsa zajęła się równolegle z pierwszą. Znalazła ładny, płasi kamień oraz drugi, mniejszy, po czym zaczęła obtłukiwać porządnie drobne porcyjki. Gdy już uznała że dość - lądowało w jej buzi, długo przeżuwane by dobrze się strawiło i lepiej zaspokoiło głód.

Kilka razy musiała odganiać drapieżne ptaki oraz drobne zwierzęta za pomocą grzechotki z kości i czaszek szczurów, jak również pochodnią. Kilka pokazów siły w postaci ryków, tupania, a także rzucanie kamieniami zwykle wystarczało, i dobrze - nie chciała marnować strzał. Zresztą - nie bez powodu uważała by rozbić się z tym z dala od ścieżek drapieżników. Całej sfory by tak nie odpędziła, a strzał nie chciała marnować.

Ogółem zapewne zeszło jej z przygotowaniem a potem obroną swoich zapasów aż do wieczora, z przerwami na poszukanie czegoś do jedzenia w okolicznym lesie. Nigdy jednak nie oddalała się na dłużej, i bacznie nasłuchiwała czy nie potrzebuje wracać do swoich (coraz suchszych) skrawków. W wolnych chwilach pod koniec dnia poświęciła też trochę czasu na higienę swoich ran oraz zadbanie o ekwipunek (ze dwie czy trzy nowe strzały nie zaszkodzą).

Gdy już wszystko było gotowe zawinęła jerky w szerokie liście wydzielajace maskujący, cierpki zapach (popsuje to trochę smak, ale liczyło sięby nic nie mogło jej zwęszyć), zamaskowała możliwie mocno ślady swojej bytności, a sama wytarzała się w ściółce tak, by zdjąć z siebie zapach ogniska oraz mięsa. Było blisko do ściemnienia się, więc poszła po swój zwinięty i ukryty rano hamak by zawiesić go w cieplejszej części lasu - było to trochę zbyt blisko ruin tamtych gupich niżby chciała, ale by się zabezpieczyć zawiesiła go na dobrych kilku metrach ponad gęstymi krzakami którepo pierwsze zablokują widok, a po drugie zamortyzują upadek gdyby jakimś cudem wypadła pomimo swoich nawyków oraz środków ostrożności. To był długi dzień, pełen wrażeń i pracy, więc szybko też zasnęła - jak zwykle z łukiem i strzałą w dłoniach położonych wzdłuż tułowia.


Ostatnio zmieniony przez Skrzynek dnia Nie Gru 03, 2017 6:12 pm, w całości zmieniany 2 razy
avatar
Skrzynek

Liczba postów : 18
Join date : 25/11/2017

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Misja po Nowy Świat [sesja]

Pisanie by Szyszak on Nie Gru 03, 2017 10:35 am

Żegota nie odezwała się przez cały czas trwania "petraktacji"; stała z założonymi rękoma i obserwowała rozwój sytuacji, gotowa ruszyć gdyby wszystko poszło się walić. I przez cały czas oceniała Różę, jej zachowanie, jej czyny, jej przywództwo.

- Później się nad tym zastanowimy, teraz Ty Żegota wracasz do łóżka, a my przygotujemy obiad, tą jedną małpą się nie najemy, ale chociaż stłumimy głód.
- Nigdzie nie wracam - splunęła - i śpię od teraz w jednoosobowym, wracać do swojego. Mamy deficyt broni, nie mamy w ogóle tarcz, a nasze pozycje obronne są w stanie chujowym - wskazała na wyważone drzwi - nie miałam najmniejszego problemu z wywaleniem ich gdy Lawenda zakwiczała a te były zamknięte. A jeśli ja nie miałam problemu to żaden ork tym bardziej nie będzie miał. Coście robili przez cały tydzień gdy ja walczyłam o życie? Tańczyli kurwa w kółeczku trzymając się za rączki i udając że wszystko jest fajnie, że trafiliście na jakąś chędożoną rajską wyspę na której twoja bogini urządzi wam sama życie?
Zazgrzytała zębami i zawarczała jak zjeżony pies.
- Poza tym, jakiś zielony podludzki pomiot porywa ci akolitkę na zakładniczkę, grabi nas z jedzenia a ty jeszcze będziesz mu oferowała leczenie, opiekę i wikt? Może jeszcze uścisk dłoni prezesa i całusa w czółko? Uszczypnijcie mnie bo chyba dalej leżę nieprzytomna na tratwie. KURRRWA! - uniosła pięść w niebiosa nie mając jak dać upust kipiącemu w niej wkurwieniu i goryczy.
- Wprowadzisz nas wszystkich do grobu - wycedziła do Róży i ruszyła ku bazie.

// "resztę dnia" opiszę później, teraz mi coś nagle wypadło a może Róża zechce podyskutować, bronić się czy coś.
avatar
Szyszak

Liczba postów : 107
Join date : 06/04/2014

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Misja po Nowy Świat [sesja]

Pisanie by Faust on Nie Gru 03, 2017 3:46 pm

Dzień upłynął na pracy i przetrwaniu.

Czyli generalnie nie zmienię waszych postów, to co napisaliście, to to zrobiliście. Ewentualnie poniżej dodam parę elementów.

@Skrzynek

Wykonałem kilka rzutów i efekt masz w KP

Miriam miała krótki sen. Wybudziło ją coś niepokojącego. Była noc. Po cichu wyjrzała z kryjówki. Rany bolały ją mniej po odpoczynku, ale za to jej przeziębienie się wzmocniło. Tak czy siak musiała sprawdzić, co się dzieje.

Była noc tuż przed świtem. Niebo już nie było czarne, ale dopiero się zaczęło rozjaśniać.

Po wyjściu z kryjówki po cichu i przejściu kilkunastu metrów dojrzała w oddali to co ją wybudziło.

Wilkołaki. Była to grupa 4 wilkołaków zmierzająca w stronę ruin. Nie był to przypadkowy zwiad. Mieli też przy sobie broń i zbroję. Bezsprzecznie zmierzali w stronę ludzkich legowisk.

@ Xelecient

Dzień upłynął spokojnie, ale nie bez problemów. Sieć podczas połowu zaczepiła się o coś w wodzie i uległa rozerwaniu. Na szczęście udało się nałapać trochę ryb i skorupiaków. Nie najedzą się, ale nie pójdą głodni.

Gotowanie i oporządzenie wszystkiego zajęło dużo czasu i nie przyniosło oczekiwanych rezultatów. Ryby śmierdziały, małże i skorupiaki rozpadały się w rękach. Nie wiedzieli jak to ugotować, albo same składniki był zepsute. Tak czy siak udało się dzięki umiejętności Róży i jej doświadczeniu jako kuchta szpitalna upichcić cokolwiek zjadliwego. Niemniej kiepski w smaku posiłek nie poprawił morali drużyny.

Podczas wieczornych modlitw przy kapliczce coś było nie tak. Faktycznie czuć było gnojownice i słychać było jakieś śmiechy. Mężczyźni nie zwrócili uwagi, tylko odklepali swoje i poszli spać zostawiając Nadię na zewnątrz samą z kapliczką. W sumie to w pobliżu ogrodu kręciła się Lawenda, więc nie była do końca sama. Coś było nie tak z kapliczką.

@ Szyszek

Do Żegoty dosiadł się Kon. Początkowo siedzieli oboje w milczeniu w jednej z komnat wewnątrz ruin i już Żegota miała kazać mu spierdalać, jednak najemnik zdążył się odezwać.

- Więc też uważasz, że Ona nas zgubi?

Żegota nie musiała dopytywać się o co chodzi, doskonale wiedziała. I gotowało to jej krew. Jednak była ciekawa, do czego ta rozmowa zmierza.

- Nie mam nic przeciwko pomocy drugiemu, ale to co tutaj się dzieje to szaleństwo. Jesteśmy w zupełnie nowym miejscu, nie mam tutaj żadnych struktur, żadnej hierarchii, nic nas nie pilnuje, nawet straży nie wystawiamy.

Kon ukłonił się Żegocie.

- Dlatego dziękuję, że wzięłaś straż, mimo że jesteś z nami nawet nie jeden dzień. Widać po Tobie, że pracowałaś w Straży, albo w czymś podobnym. Też byłem jako strażnik, potem jako żołnierz, zanim stałem się najemnikiem, więc mogę to łatwo rozpoznać. To zatonięcie statku nami wstrząsnęło, ale żyjemy i trzeba się wziąć w garść.

Kon spojrzał Żegocie w oczy.

- Co Ty na to, by zmienić trochę dowodzenie? Róża ma złote serce, ale jest zbyt łatwowierna i naiwna. Moi chłopcy pójdą za mną w ogień. Mordechai też nie jest głupi, mimo że tchórz i nadal mleko ma pod nosem. Czy mogę więc liczyć na Twoją współpracę? Musimy zacząć trzymać się razem i przestać ratować każdego potwora, który nam się nawinie. Sami musimy jeszcze przeżyć.
avatar
Faust

Liczba postów : 110
Join date : 17/05/2015

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Misja po Nowy Świat [sesja]

Pisanie by Skrzynek on Nie Gru 03, 2017 7:12 pm

Nie wiedziała co ją obudziło, ale czuła że coś było nie tak. Przed wejściem miała zasłonę z uschłych roślin, umocowaną tam za pomocą wbitych w drewno kawałków kości. Wyjrzała za nią ze strzałą na cięciwie, ale nie było widać zagrożenia na ziemi z powodu liści. Instynkt jednak podpowiadał jej by to sprawdziła. Przy powoli wstającej szarówce świtu mogło to być cokolwiek... Postanowiła więc szybko rozkwasić kilka zebranych wczoraj trujących jagód i szybciutko nasmarować nimi zaostrzone końcówki dziesięciu strzał. Nie robiła tego pierwszy raz, więc szybko jej poszło. Poza zaostrzonym kamieniem (schowanym pod skórzaną osłonę uda by nie wypadł) oraz włócznią, łukiem i strzałami zabrała jeszcze pochodnię, wtykając ją za pasek zabrany Lawendzie, na wypadek gdyby było to coś bojącego się ognia (w razie czego będzie mogła pobiec do ruin by odpalić ją od tej ich głupiej kapliczki). Po prawdzie to nie zamierzała teraz wdawać się w bójki, ale co jeśli rozbitkowie ją wytropili i chcieli zabić we śnie? Albo jeśli przybłąkała sięjakaś dobra zwierzyna? Trzeba to sprawdzić.

Gdy już miękko zeszła na ziemię i przykucnęła, rozgladając się, wrezcie zobaczyła co ją obudziło. WYJCE! Zamarła w bezruchy, mróżąc czułe na światło oczy i starając się określić czy wieje od niej, czy do niej, bo skurwysyny miały czuły węch. Chyba do niej, uff... Chyba. Szybko zorientowała się że chcą zrobić rajd na ruiny.

Powoli schowała się za najbliższy pień drzewa by nie zauważyli jej lekko błyszczących oczu. I myślała. Strzelać? Mieli pancerz, więc strzała mogła się łatwo odbić. Iść do ich obozu gdy oni będą zajęci? Ale i tak najbardziej wartościowe rzeczy mają przy sobie, jak broń i właśnie pancerz. Poza tym, okradanie wyjców już raz źle się dla niej skończyło.

I wtedy wpadło jej co innego do głowy. A co jeśli ostrzeże tych półgłówków o ataku? Mają kusze. Mają metalową broń. No i jest ich jakaś... piątka zdolnych do bitki. Może jeśli by się przygotowali to zabiliby albo ranili któregoś z wyjcy tak, by potem udało się ich dobić strzałami i wziąć ich rzeczy? Małe szanse, a na to by rozbitkowie przeżyli wręcz zerowe, ale...

Kończył jej się czas na myślenie. Wyjce ją minęli, idąc w stronę ruin. Musiała zadecydować teraz. Cóż... Jesli miałaby wskazać czego życie w tych piekielnych lasach czegoś ją nauczyło przez ostatnie lata, jedną rzecz która ocaliła jej życie więcej razy niż umiała zliczyć...

Mogła biec. Biec jak pieprzony wiatr.

Oczywiście najpierw odeszła jeszcze kawałek dalej od wyjców, skradając się, ale potem zaczęła przyśpieszać, korzystając ze swojego czułego wzroku by omijać śliskie korzenie, kolczaste chaszcze i nory. I tak nie rozpędziła się w pełni, po to by móc swobodnie zmieniać kierunek, ale dość szybko by zdecydowanie przegonić wyjce w drodze do ruin. Swój łuk razem z założoną strzałą trzymała w jednej ręce, a w drugiej pochodnię - by jej nie zgubić po drodze. Strzały i włócznia podskakiwały na jej plecach, ale specjalnie zrobiła zawieszki oraz kołczan tak by nie gubić ich nawet podczas znacznie bardziej szalonej ucieczki niż ten bieg. Piersi unosiły jej się i opadały, a jej nieco ospałe od choroby ciało marudziło lekko przy współpracy, ale bywało o wiele, wiele gorzej.

O ile miała szczęście to wyjce uznali ją za spłoszonego zwierzaka albo nie usłyszeli w ogóle, jeśli roślinność wystarczająco stłumiła jej kroki. A jeśli nie... Cóż, nie bez powodu biegła lekkim zygzakiem.

W końcu (prawdopodobnie) znalazła się przy polanie z ruinami, gdzie...

> Jeśli nie wyprzedziła wyjców, to zaczeka aż tamci zaczną wchodzić do ruin. To będzie idealny moment by strzelić im zatrutą strzałą w plecy, tam gdzie są mniej opancerzeni.
> Jeśli wyprzedziła wyjców, ale na zewnątrz jest strażnik, to krzyknie że wyjce biegną i by obudził pozostałych, samej planując zrobić powyższe, ale najpierw przechodząc tak by wiało od drzwi ruin do niej, nie odwrotnie. Prawdopodobnie rzuci też mu pod nogi pochodnię, krzycząc by ją zapalił jeśli zdąży.
> Jeśli nie ma tam warty a płomień kapliczki jest wystarczający by w kilka sekund podpalić pochodnię, to zrobi to najpierw, potem wrzucając ją zapaloną przez szparę w ich słabiutkich drzwiach i kołacząc w nie pięścią jak najgłośniej się da, wydając z siebie zduszony krzyk [b]"Wyjce idą! Wyjce idą! Wstawać, gupi wy!"[b]. Później ustawi się na krawędzi polany tak jak powyżej. Wedle jej logiki tamci mają raczej słaby wzrok, więc przyda im się coś czym mogliby oświetlić wrogów.
> Jeśli przy kapliczce nie ma płomienia tylko żar, albo płomień jest za słaby, to po prostu wsadzi pochodnię do paleniska, zagrzmoci w drzwi, zawoła, i jesli pochodnia zdążyłą się odpalić - wrzuci im do środka. Jeśli się nie zapali to zostawi ją tam i pobiegnie ustawić się w krzakach jak wyżej.


Ostatnio zmieniony przez Skrzynek dnia Nie Gru 03, 2017 11:41 pm, w całości zmieniany 1 raz
avatar
Skrzynek

Liczba postów : 18
Join date : 25/11/2017

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Misja po Nowy Świat [sesja]

Pisanie by Szyszak on Nie Gru 03, 2017 8:19 pm

Była zbyt rozsierdzona by tak po prostu wrócić odpoczywać, zresztą, wypoczywała już całą noc, starczy jej. Nie modliła się przy kapliczce do Adeoglorii razem z resztą, zamiast tego rozpaliła palenisko w izbie w ruinach i modliła się samotnie do Monomacha.
"Tylko dusza jest czysta.
Umysł może wyblaknąć, ciało może paść
Tylko dusza dzierży czystą zemstę
Jestem bronią swojej duszy
Gdy umysł zwątpi, dusza przezwycięży
Gdy ciało padnie, dusza je zastąpi

Nigdy nie drżyj
Nigdy nie uciekaj
Nigdy nie wątp

Ciało jest jedynie słabością
Słabość zostanie oczyszczona
Pozostanie tylko siła i wiara"
- nie mówiła głośno, bo nie zamierzała nikogo nawracać; Monomachowi nie są potrzebni ludzie małej wiary. Nie mówiła też cicho, nie zamierzała dać się stłumić paru poganom, nawet jeśli wyratowali ją z brzegu. Być może ktoś z modlących się mógł czasem usłyszeć słowo lub parę; nie dbała o to. Oni byli na zewnątrz, ona w środku; nie przeszkadzali sobie.

Gdy Róża udała się po jedzenie z Konem i Mordechaiem, wzięła Joina i zabrała się za dorabianie uzbrojenia. Nie zostawiła żadnych dyspozycji Lawendzie, wyraźnie zła na nią za całą sytuację z orkiem. Nie odchodzili daleko, kręcili się dość blisko ruin i zbierali kamienie nadające się do ciosania i ociosania oraz zbierali dobre drewno i liany. Ich priorytetem było sklecenie włóczni, bełtów i tarcz; może i prowizorycznych łuków oraz napoczęcie łuków bardziej profesjonalnych, ale to ostatnie to byłaby robota dla Joina na dłuższy czas.

Po zebraniu materiałów, narzędzia właściwe sklecali już w ruinach, stojąc na straży chorego towarzysza i podlotki. Żegota nie mówiła praktycznie nic, ale zajmowanie się uzbrojeniem wyraźnie ją uspokajało. Poszła spać dopiero gdy stwierdziła że jest już zmęczona.

***

Odezwała się do Kona dopiero na wzmiankę o służbie w Straży.
- Milicjant. Osiem lat służby na południowo-wschodnich, dzikich rubieżach Imperium Boga na Ziemi, osiem chędożonych lat walk i obrony miasteczek przed orkami i nomadami. Kolejne cztery lata służby na froncie z księstwem Calis. Bili się jak wilki - przedstawiła pokrótce swoją historię, nie zdając sobie sprawy że ekipa Kona składa się z byłych żołnierzy Calis, z którymi niegdyś walczyła. Jakiż dziwny ten świat.
- Nie ma co pierdolić, mamy wiele, wiele do zrobienia - wstała i wyciągnęła Konowi dłoń na znak porozumienia.

- Mamy piekielny deficyt uzbrojenia. Naprawiłeś drzwi? Nie? Trzeba wystawić warty. Nieprzyjaciel może z łatwością wejść przez drzwi do głównej izby; nie można w niej teraz spać, to zbyt niebezpieczne. Palenisko w izbie niech się pali, wartownik będzie przynajmniej widział czy co nie wyściuba do nas nosa. Uzbroić strażnika w kuszę, coby mógł od razu ustrzelić mutanta. Do ewentualnej obrony wykorzystamy tylne korytarze i izby, ograniczona powierzchnia pozwoli nam na zniwelowanie przewagi liczebnej przeciwnika. Ja wezmę miecz Farena, on i tak nie jest w stanie do walki; drugi miecz weźmie Join. Mordechai będzie stał z tyłu i przeładowywał kusze, do niczego innego, z tego co na niego patrzę, się póki co nie nada - zaczęła rzucać sugestiami, co szybko zmieniło się w wydawanie dyrektyw.

- Trzeba też będzie odciąć pomieszczenie z tajemniczym korytarzem tak by nie było za naszymi plecami w przypadku defensywy; nie wiadomo czy nie jest to jakieś ukryte przejście na zewnątrz które ktoś wykorzysta. Właśnie, w razie defensywy, pytanie generalne czy wolałbyś stać na froncie jako tarczownik razem z Joinem, czy ze mną? Mam przeszkolenie w kuszy, nie strzelam wcale wolno; a Ty zdaje się masz wprawę we współpracy ze swoimi kompanami. Tylko drugiemu tarczownikowi trza będzie sklecić tarczę, najlepiej od razu każdemu albo przynajmniej każdemu zdolnemu do walki, najlepiej jeszcze teraz póki cokolwiek widać na zewnątrz.

- Właśnie, zwizualizujmy ewentualną obronę. Weźmiemy, gdy wrócą, Joina i Mordechaia, zobaczymy jak mieścimy się w korytarzach, czy dałoby radę strzelać gdyby kto trzymał gardę od frontu. Naszym priorytetem w obronie są tylne korytarze, ich ciasnota da nam przewagę. Musimy się wziąć za robienie włóczni, łuków, strzał, tarcz, i ufortyfikowanie jakoś głównego wejścia, może zrobienie pułapek ostrzegających hałasem? Albo w ogóle pułapek. Ktokolwiek z nas zna się na zastawianiu pułapek? Ile zajęłoby Ci naprawienie drzwi? Jeśli za długo to weźmiemy się za to jutro, dzisiaj priorytetem jest dorobienie uzbrojenia.

//to w zasadzie wszystko idzie do Tośka.
avatar
Szyszak

Liczba postów : 107
Join date : 06/04/2014

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Misja po Nowy Świat [sesja]

Pisanie by Xelacient on Pon Gru 04, 2017 1:44 am

- Porozmawiamy później, teraz musimy skupić się na jedzeniu - odparła Róża na pretensje Żegoty, kapłanka nie chciała angażować się w utarczki słowne wychodząc z założenia, że syci ludzie prędzej się dogadają niż głodni.

Niestety nawet po zjedzeniu urobku z połowu nie byli syci. Długie gotowanie sprawiło, że potencjalne jady wytwarzane przez nieznane stworzenia zostały zneutralizowane, ale bynajmniej nie poprawiło ono smaku posiłku. Wychodziło jednak na to, że zbieranie małży i krabów było stratą czasu, bo były tak drobne, że rozpadały się w rękach. Przynajmniej jednak nie głodowali.

Za to Nadii trafiło się inne zmartwienie, coś było nie tak z kapliczką. Nieprzyjemny zapach i jeszcze bardziej nieprzyjemny śmiech. Demoniczna obecność? W sumie obecność demonów w tej dziczy nie powinna dziwić, być może tamta struktura... ziggurat, może to było jakieś miejsce kultu złych duchów? Czyżby w końcu wyczuły obecność Boginii i zaatakowały? Ork swoim czynem sprofanował ołtarz? A może to było spowodowane przez ten demoniczny pomiot, który jeszcze wczoraj się tutaj kręcił?

Róża przywołała Lawendę i razem z nią podjęła wysiłek starannego oczyszczenia kapliczki, z paleniska wybrały wszystko co było i wyrzuciły między drzewa. Do tego za pomocą wody wypłukały palenisko. W międzyczasie akolitka została przepytana kapłankę o szczegóły całego zajścia. Próba targowania się rzeczywiście była godna politowania, wrzucenie grudy ziemi było czymś niegodnym, ale żeby od razu sprofanowało całą kapliczkę? Był tylko jeden sposób, żeby się o tym przekonać:

Róża rozpaliła ogień w kapliczce, palenisko było mokre to słabo szło, ale miała suchy chrust (oraz płonące żagwie z ogniska) to w końcu dała radę go rozniecić.  Gdy uzyskała stabilny płomień razem z Lawendą uklękły przed kapliczką i rozpoczęły modły. Najpierw zaczęła od pamiętanych przez nią formuł w języku klasycznym, Lawenda powtarzała za nią.

Najpierw zaczęły od podstawowej formuły oddania się pod opiekę Boginii (używały jej zaraz po wylądowaniu na plaży).

Sub tuum praesidium confugimus, Genitrix caelestis,
nostras deprecationes ne despicias in
necessitatibus nostris, sed a periculis cunctis
libera nos semper, Virgo gloriosa et benedicta,
Domina nostra, Mediatrix nostra, Advocata nostra,
Consolatrix nostra, et aeterna perfrui laetitia

Następnie dodały formułę prostego egzorcyzmu:

Sancte Adeogloria Dea,
defende nos in praelio,
contra nequitiam et insidias diaboli esto praesidium.
supplices deprecamur:
diabolus aliosque spiritus
malignos, qui ad perditionem animarum pervagantur in mundo,
vestra divina virtute, in infernum detrude.

Dopiero wtedy Róża przystąpiła do mnie formalnej modlitwy:

-Boginii Adeoglorio, dziękuje za twoją ochronę, przepraszam, że popełniłam błędy, które zagroziły życiu i zdrowiu twoich wyznawców. Dziękuje jednak, że pod twoją opiekę do niczego złego nie doszło. Dziękuje też, że odwiodłaś nas od walki z wężem, bo przyniosło nam to wiele dobrego, dziękuje za ochronę przed wilkołakami oraz za wszystko inne. Jednak jeśli raczysz odpowiedz mi, swojej skromnej kapłance czy potrzebujesz czegoś? Czy niegodny czyn obcej nam kobiety sprawił Ci przykrość? Czy potrzebujesz w czymś wsparcia?

Po Róży przemówiła Lawenda:

- Boginii, przepraszam, że wystawiłam się na niepotrzebne ryzyko, jednak Miriam nie wydała mi się zła... nie uraziłam Ciebie próbując ja nawrócić na wiarę w Ciebie, prawda? - zapytała nieśmiało.

Po tym jeśli nie było odpowiedzi zaczęły cicho odmawiać psalmy pochwalne pod adresem boginii. Gdy Martha zaczęła się sennie chwiać to Nadia odesłała ją do łóżka, sama kontynuowała modły. Co prawda poprzednią noc też spędziła na modlitwie, ale czuła, że tej nocy tym bardziej powinna skupić się na modlitwie. Nawet jeśli nie było żadnego odzewu ze strony Adeoglorii. Cały czas wychwalała przymioty Boginii prosząc "jedynie" o inspirację do do służenia jej i jej ludowi.

W końcu Nadia zapadła w płytki sen, czy właściwie trans. Gdy się z niego wybudziła to wciąż klęczała przed kapliczką w której tlił się słaby płomień,  czuła nadzwyczajną jasność umysłu, dzięki której nagle uświadomiła sobie wiele rzeczy dotyczących leczenia!

Nadia Pendebit dzięki wsparciu Boginii zyskała 8 poziom zdolności medycyna w zamian za 800 pd!
avatar
Xelacient

Liczba postów : 43
Join date : 25/11/2017

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Misja po Nowy Świat [sesja]

Pisanie by Faust on Pon Gru 04, 2017 3:32 pm

@Skrzynek

Miriam pognała w stronę ruin. Jednak nie zrobiła tego bezgłośnie. Rozległy się wycia wyjców, by potem przeobrazić się w stłumione stąpanie wilczych łap. Świst pocisków i trzask pni okolicznych drzew sugerował, że część wilkołaków już szyła do półorczycy różnymi pociskami. Musiała biec.

Uciekła. Po chwili usłyszała wycie. Inne niż pozostałe. Oznaczało to odwrót. Wyjce miały różne wycia w zależności od potrzebny. Jedno było do nawoływania, inne do zastraszania, a to przed chwilą służyło do zasygnalizowania porzucenia pogoni.

I tak oto Miriam znalazła się tuż przed świtem niedaleko ruin. Miała do nich jeszcze jakiś 200 metrów. Lub mogła zwiedzić pobliski ziggurat ukryty w dżungli, zapolować, czy co tam chciała. Atak wilkołaków dzięki niej został udaremniony, porzucili napaść.

@Xel

Nadia odprawiła egzorcyzmy. O dziwo, coś odpowiedziało. Rozległ się skrzeczenie, które było dosyć nieprzyjemne, ale znośne. Po chwili w kręgu jaśniejących run obok kapliczki pojawił się mały demon, chochlik. Miał małe skrzydła, za małe by latać, szczurze, chude ciało, zniekształconą kozią głowę z czerwonymi, lśniącymi oczami, oraz ogon zakończony kolcem. Jego łapy był trójpalczaste i zakończone pazurami. I to on śmierdział jak nawóz.

Mały pokurczy demon był wielkości psa. I nie był zadowolony. Skrzeczał, syczał, robił pod siebie, śmierdział, pluł i w ogóle był paskudny. Pomiot demoniczny. Wygląda na to, że był uwięziony aktualnie w jakimś kręgu jaśniejących, białych run. Bez żadnej wątpliwości, runy te pochodziły od bogini.

@Szysz

Kon pokiwał głową, ale przez chwile jego twarz przeciął grymas. To było jednak tylko chwilowe i powrócił on do swojego profesjonalnego noszenia się.

- Nie mamy drewna, by naprawić drzwi. Na zastawianiu pułapek zna się Faren, ale on jest niedysponowany. Ja mogę być jako pierwsza tarcza, obok mnie raczej nikt się nie nada, a nie widziałem Cię w akcji, by ocenić, czy z Tobą mogę współpracować w linii. Jesteśmy do tyłu z materiałem tak bardzo, że nie mamy czym zasłonić tego korytarza. Musielibyśmy go zwiedzić, może trochę w jego głębi będzie coś, co pozwoli nam go zakryć.
avatar
Faust

Liczba postów : 110
Join date : 17/05/2015

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Misja po Nowy Świat [sesja]

Pisanie by Xelacient on Wto Gru 05, 2017 4:25 pm

Przestraszona Nadia zerwała się na równe nogi natychmiast zapominając o senności. Podobno niektóre choroby były powodowane przez demony, Nadia wielokrotnie leczyła ofiary tychże chorób, ale nigdy nie miała nieprzyjemności stanąć twarzą w twarz z demonem, nawet takim niepozornym jak ten. Bała się go... i nienawidziła go.

Róża mogła zdobyć się na współczucie dla wielu różnych istot, ale nie dla demonów. Nadia znała wiele legend o tym jak nawet dzikie i prymitywne istoty potrafiły okazać miłosierdzie wyznawcom Boginiii, ale Nadia nie słyszała, by jakiekolwiek demon kiedykolwiek okazał komukolwiek miłosierdzie. Obecny przed nią zły duch swoim wyglądem i zachowaniem tylko to potwierdzał. Dlatego też lękała się pokraki i jedyne co pragnęła to jej zguby. Problem stanowiło tylko to, że nie bardzo wiedziała co robić. Jako kapłanka niosła pomoc słabym i cierpiącym, rzadko zajmowała się posługą duchową, a egzorcyzmu nie przeprowadziła nigdy. Wiedziała tylko tyle, że nie powinno się próbować nawiązać dialogu z demonem, bo ten zawsze będzie kłamał i zwodził. Dlatego o nic nie pytała, tylko przywołała z pamięci jeszcze jeden prosty egzorcyzm. Wypowiedziała go dźwięcznym głosem

Domina sancta sit mihi lux, non Draco sit mihi dux
Vade retro daemon, numquam suade mihi vana
Sunt mala quae libas, Ipse venena bibas.

Ta krótka modlitwa może to było za mało, by pokonać nadnaturalną pokrakę, ale pomogła Nadii oczyścić umysł z negatywnych myśli, dzięki czemu mogła się otworzyć na wolę Boginii. Jeśli ktoś tutaj mógł pokonać demona to tylko Adeogloria, zaś Róża mogła jej co najwyżej w tym pomóc, sprawić by wola Boginii przepłynęła przez nią i zmieniła świat materialny. Nawet nie wiedząc kiedy i jak zaczęła śpiewać:

Adeogloria patrzy na Ciebie brzydka kreaturo
co na świat spoglądasz tak ponuro
krążysz po świecie prowadząc na manowce
w przepaść wiedziesz bezbronne owce
jednak nadszedł kres twoich niegodziwości
albowiem ulegniesz przemożnej sile miłości
woli szlachetniejszego bytu się poddasz
w tym miejscu cudzym cierpieniem się nie uchlasz
odejdź i więcej nie wracaj tutaj parchaty jenocie
albo zgiń i przepadnij chaotyczny pomiocie!
Nikt nie chce niczego od Ciebie koziryju
dlatego między faktami nie lawiruj
tylko zostaw ten ołtarz śmierdzielu trójpalczasty
zanim skończysz tak jak inne chwasty!

Nadia śpiewała czysto i donośnie, bo przemawiała przez nią Boginii, a przynajmniej tak wierzyła. Wierzyła też, że po tym demon przestanie im szkodzić.
avatar
Xelacient

Liczba postów : 43
Join date : 25/11/2017

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Misja po Nowy Świat [sesja]

Pisanie by Szyszak on Wto Gru 05, 2017 6:46 pm

Żegota zauważyła ten grymas, i bardzo, bardzo jej się on nie spodobał - co Kon mógł zobaczyć, gdy posłała mu podejrzliwe spojrzenie. Instynktownie zinterpretowała ten krótki znak żołnierza jako złowrogi. Napięcie trwało może ułamek sekundy, ale obie strony mogły sobie doskonale uświadomić że nie obdarzają się nawzajem zaufaniem.
- Wezmę pierwszą wartę. Skończę gdy księżyc zacznie się zniżać i wezmę Mordechaia na zmianę. Chcesz iść zwiedzać korytarz teraz czy jutro?

Niezależnie od tego czy odpowiedź była przecząca czy twierdząca, Żegota wzięła od Farena jeden miecz (za jego zgodą) i stwierdziła że jeszcze zajrzy sprawdzić co tam u Róży i Lawendy, tak na wszelki wypadek; tylko po to by nadziać się na widok Róży biedarapującej do jakiegoś... kurwa demona! DEMONA! TO BYŁ PRAWDZIWY DEMON!

- Join, Mordechai! Kusze, prędko! - zawołała wsparcie, w razie gdyby trzeba było rozprawić się z biesem ręcznie.

Znów zakipiała z nienawiści, ale zagryzła zęby i obserwowała spektakl. Jeśli było coś czego nienawidziła bardziej od mutantów, to były to demony - najczystsza forma anty-Ludzkiego zła jaką można sobie wyobrazić i wypaczenie absolutne; dokładne przeciwieństwo Monomacha i Jego najgorszy wróg. Z dziką satysfakcją i rozkoszą delektowała się więc cierpieniami egzorcyzmowanego biesa, prawie tak jak krzykami i płaczem orczych dzieci na palonych Kresach. Choć nie, tamto wspomnienie jednak było lepsze.
avatar
Szyszak

Liczba postów : 107
Join date : 06/04/2014

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Misja po Nowy Świat [sesja]

Pisanie by Faust on Sro Gru 06, 2017 6:07 pm

@Szyszak i Xeleszak

Mężczyźni wybiegli jak oparzeni. Kon, Join i Mordechai. Stanęli jak wryci na widok śpiewającej Nadii, która odprawiała egzorcyzm nad szamoczącym się demonem zamkniętym w kręgu.

- ZABIJ TO! ZABIJ! STRZELAJ!

Wrzasnął Kon do kuszników. Join nawet się nie zastanawiał. Nakładał już bełt i szył do demona. Mordechai także. Żak trafił w brzuch potwora, za to Join strzelił raz w klatkę piersiową, a raz w szyję chochlika. Pomiot padł na ziemię i zaczął krztusić się własną krwią. Zaczęły się też jego konwulsje. Join mierzył do stwora z naładowanej kurzy. Mordechai drżącymi rękami próbował naładować swoją kręcąc korbą. Kon był blady jak papier i patrzył na demona będąc spiętym jak naciągnięta struna. Jego oczy były rozszerzone jak po narkotycznym przedawkowaniu. Jego dłonie zaciśnięte w pięści tak mocno, że pobielały mu knykcie. Na czole pojawił mu się pot.

W końcu demon przestał się trząść i zdechł. Kręg znikł, jakby rozwiany na wietrze piasek a sam chochlik zapłonął zielonym ogniem i zaczął dosyć szybko zamieniać się w czarny popiół.

- Zaraza... - mruknął Kon - nawet tutaj...

Kon odwrócił się i wrócił do ruin mrucząc do siebie coś, co tylko on mógł zrozumieć.

Join popatrzył na swojego szefa z czymś, co wszyscy widzieli u niego pierwszy raz, czyli troską. Mordechai podszedł do demona i zaczął go badać i przerzucać popiół. Ciekawość akademicka wzięła nad nim górę. Wydobył również bełty.

Join odezwał się do kobiet:

- Kon weźmie drugą wartę.

Po czym wrócił do ruin.

Gdyby ktoś sprawdzał ruiny, okaże się, że Kon wziął jedną z pochodni i udał się do nowego korytarza by go zwiedzić. Samotnie.
avatar
Faust

Liczba postów : 110
Join date : 17/05/2015

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Misja po Nowy Świat [sesja]

Pisanie by Szyszak on Sro Gru 06, 2017 6:28 pm

Gdy demon trząsł się i szamotał w bolesnych konwulsjach, jeśli ktokolwiek w ogóle spojrzał na Żegotę, mógł ujrzeć po raz pierwszy od wypłynięcia z portu uśmiech na jej twarzy. Brutalny, sadystyczny i usatysfakcjonowany uśmiech, na jaki potrafili się zdobyć jedynie ludzie szaleni, bądź, jak to sama nazywała, jebnięci w dekiel.

- A więc dotarliśmy do punktu szaleństwa i progu świadomości - skomentowała beztroskim tonem zniknięcie Kona. Nie żeby miała mu za złe; ludzie potrafią oszaleć w takich warunkach, ale żeby tak nagle i szybko? No błagam, to ma być żołnierz czy co niby?
Po prostu poszła z mieczem Farena za Konem, z drugą pochodnią. Nie pytała o co chodzi ani dlaczego Kon tak nagle oszalał/zmiękł; nie było jej to potrzebne i nie obchodziło to jej. Nie była zdolna do głębszych uczuć na tle emocjonalnym, no poza nienawiścią.

Po drodze za Konem śpiewała litanię, by spróbować mu delikatnie ukoić nerwy i natchnąć ducha. W końcu na wyznawców Monomacha działało, czemu by nie spróbować?
"Z ciemności powstaniemy
Ku światłości podążymy
Świat z plugastwa oczyścimy
Jesteśmy gwiazdami na niebie
Jesteśmy burzą w chmurach
Jesteśmy słońcem i księżycem
Jesteśmy końcem i początkiem

Dzierżymy Nowy Porządek Rzeczy
Jesteśmy żołnierzami Światłości
Jesteśmy żarem Słońca

Ciemność rozświetlimy
Światłość rozpalimy
Świat z plugastwa spopielimy
Jesteśmy Jego ostrzem
Jesteśmy Ludzi tarczą
Jesteśmy Świętym Ogniem
Jesteśmy odrodzeniem i śmiercią

Kroczymy Jego Świętą Wolą
Jesteśmy Jego Pancerną Dłonią
Jesteśmy Jego Wiekuistą Bronią
Jak ogień i płomień, jesteśmy Jednością."
avatar
Szyszak

Liczba postów : 107
Join date : 06/04/2014

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Misja po Nowy Świat [sesja]

Pisanie by Faust on Sro Gru 06, 2017 7:01 pm

Żegota dotarła do zaciemnionego korytarza, w który wszedł Kon. Był ciemny i nieoświetlony. Kon już dawno zniknął w ciemności.

Dodatkowo trochę zaczęło ją ssać w żołądku z głodu.

Światło pochodni nie sięgało daleko, ale widziała dzięki niemu na odległość do 12 metrów. Widziała, że zdobiony płaskorzeźbami korytarz kończy się skrzyżowaniem w kształcie T.
avatar
Faust

Liczba postów : 110
Join date : 17/05/2015

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Misja po Nowy Świat [sesja]

Pisanie by Xelacient on Sro Gru 06, 2017 8:03 pm

Nadia w przeciwieństwie do Żegoty nie była zbyt zadowolona z wyniku starcia. Oczywiście nie było jej żal demona, tylko się bała, że zniszczenie jego "materialnej powłoki" to za mało, by się go pozbyć na dobre. Przynajmniej tyle dobrego, że teraz zyskali spokój.

Jednak widząc jak Mordechai grzebie w resztkach demona natychmiast do niego doskoczyła i odciągnęła go za ramię:

- Chcesz zostać mutantem? - ofuknęła go - demony roznoszą demonicznie spaczenie! Grzebać w tym popiele to gorzej niż być ugryzionym przez wilka z wścieklizną! Zostaw to i idź umyj ręce! Te bełty też jak je wygrzebałeś! Niech ten popiół wiatr rozwieje, a jeśli coś do rana zostanie to sama to zmyje! - dodała na koniec

Za to po deklaracji Joina Nadia wdzięcznie spojrzała do Kona, po czym wybrała się spać. To znaczy taki miała zamiar, ale zauważyła, że Kon i Żegota poszli tajemniczym korytarzem. Niewiele myśląc złapała swoją medyczną torbę i ruszyła za nimi.

- Jak już musicie sprawdzić to miejsce to lepiej, żebym była z wami... na wszelki wypadek - dodała doganiając ich na korytarzu.
avatar
Xelacient

Liczba postów : 43
Join date : 25/11/2017

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Misja po Nowy Świat [sesja]

Pisanie by Faust on Sro Gru 06, 2017 8:59 pm

Mordechai spojrzał na Nadię ze zdziwieniem

- Przecież on już został Wymazany. To był pomniejszy demon z zewnętrznych warstw. One nawet duszy nie mają, to kukiełki napędzane złem. Po tym jak zginął, nie miał prawa istnieć, dlatego wypalił się na proch. Byłem po prostu ciekaw, czy znajdę klejnot duszy... Tej istoty już nie ma, nie może mnie zarazić...

No ale to nie miało znaczenia. Róża już pobiegła za resztą.

Mordechai spojrzał na Joina. Tamten wzruszył ramionami.

- Kobiety. Myślą, że znają się na wszystkim, a ostatecznie to tylko worek na dramat.

Mordechai pokiwał głową jak głupi i wrócił do przerzucania popiołu. Join przyglądał się temu z zaciekawieniem.

***

@Szyszak

Żegota przerwała litanię, kończąc zwrotkę. Po czym zawołała
- Kon. Kon! Odezwij się. - nawołała.
Zero reakcji. Głos niósł się echem po korytarzu. Coś w oddali spadło i roztrzaskało się, jakby metal i szkło. Odgłos ten dobiegł z lewego korytarza. Żegota udała się więc w stronę hałasu cicho wspierając się modlitwą do Monomacha.

Korytarz dłużył się jeszcze przez 3 metry, po czym zakończył się okrągłą komnatą. Komnata byłą ciemna jak noc, na ścianach wisiały puste haki żelazne pokryte rdzą. Pod jednym z haków leżała roztrzaskana latarnia kryta. Rozlegał się zapach nafty, ale tylko zapach, gdyż w rozbitej latarni było tylko kilkanaście kropel. Sufit był na wysokości 3 metrów. pod sufitem był rząd dziur o średnicy półtora metra rozłożonych względem siebie co 45 stopni. Czyli razem 8 dziur. Na środku był marmurowy podest, coś jak kawałek kolumny na popiersie, ale pusty, nic na nim aktualnie nie leżało. Od komnaty odchodziły cztery wyjścia, ale wszystkie były zawalone poza jednym znajdującym się po prawej 90 stopni od wejścia, którym przyszła kobieta.

Żegota nie weszła do komnaty, śmierdziało dla niej herezją i pułapką. Czuła podstęp, zwłaszcza że Kon się nadal nie odezwał, pomimo że jej głos musiał nieść się po tym korytarzu na kilometr. Popatrzyła jeszcze z czego zrobione są haki (popatrzyła, nie dotykała) po czym zawróciła i poszła do prawego korytarza.

Prawy korytarz ciągnął się przez 6 metrów, po czym prowadził w dół. Jednak nad zejściem w dół była ściana, w której znajdował si podobny otwór na półtora metra średnicy, co we wcześniejszej komnacie. Po drodze do zejścia znajdował się na 3 metrze korytarza kolejny otwór o średnicy 1,5 metra, ale półokrągły przy samej ziemi, to jest stykał się z ziemią swoim dłuższym, prostym bokiem. Oświetlenie dziury ujawniało jakiś korytarz, który powstał naturalnie przez jakieś ruchy ziemi, albo przez jakieś zwierze ryjące.

Było to dziwne, gdyż same ściany były przykładem doskonałego murarstwa z kamienia.


Początkowo Żegota myślała, że to wentylacja, ale to bardziej przypominało robotę jakieś istoty. Ale co mogło tak ryć w kamieniu?

Otwór w ścianie nad schodami w dół wije się bez największego ładu jak meandry strumienia i skręca gdzieś w dolne lewo. Wszystkie te otwory nie są idealne, brzegi są poszarpane, czasami na dziurę nachodzą płytki ze ścian, czasami są one potłuczone, to wygląda, jakby coś od środka się wybiło i usunęło płytki, niektóre płytki są nawet wybrzuszone w stronę wnętrza korytarza. Ale nie ma nigdzie pozostałości po tej operacji. Przez chwile Żegota niepewna tego co dalej robić, obejrzała najbliższą płaskorzeźbę:



W końcu jednak zeszła na dół. Schody prowadziły w głąb po skosie 45 stopni na głębokość 9 metrów, a potem kończyły się dziurą w podłodze o szerokości 3 metrów. Dziura była w ziemi, były kwadratowa, i miała długość i szerokość 3 metrów. Zaczynała się od jednej ściany korytarza i kończyła się na drugiej

Żegota spoglądnęła w dół, w tą przepaść. Przepaść ciągnęła się na 9 metrów i kończyła się rzędami żelaznych, pordzewiałych kolców. Pomimo trudności, kobieta postanowiła przeskoczyć dziurę. Zmówiła szybką modlitwę do Monomacha.

Opisując Monomacha w dwóch słowach - Bóg Ludzkości. Z początku był człowiekiem, ale zbudował monoteistyczne Imperium które go czciło. Po śmierci w wieku 130 lat stał się realnym bóstwem. Jego celem jest wyniesienie Ludzkości na nowy poziom - wykucie jak najsilniejszych herosów, i zniszczenie wszelkiego zła. Jako zło rozumiemy mutanty, czarne bóstwa, etc. Monomach preferuje monolatryzm, ale nie jest wrogiem innych dobrych bóstw - walczy z tymi złymi, ale co do tych dobrych zachowuje neutralność; w końcu pomagają Ludziom (dlatego po "spal heretyka, zabij mutanta" jest "oczyść niewiernych" a nie "spal niewiernych" - oczyść z wątpliwości, etc.). W porównaniu z Adeoglorią Monomach ma za sobą potęgę całego Imperium, ale to też czyni dostanie jego Łaski znacznie, znacznie trudniejszym. A preferuje on monolatryzm bo wie jakie są prawidła rządzące bóstwami w tym uniwersum, więc - jeśli jego wyznawcy będą czcić tylko jego a nie słabsze bóstwa, on stanie się silniejszy co przybliży jego Misję ku końcowi. Jako mutantów rozumiemy wszystkie spaczenia, wynaturzenia: orkowie, wilkołaki i wszystkie inne humanoidalne rasy o złym odczynniku też będziemy uznawać za mutanty
Monomach lubi wszystko co zwiększa siłę Ludzi - w tym gromadzenie wiedzy, tworzenie nowych rodzajów uzbrojenia, zabijanie Jego wrogów, etc.

I być może teraz Momomach przemówił do Żegoty, gdyż ten skok był wprost niesamowity. Przeskoczyła przepaść jednym ruchem robiąc po drodze fikołka.

Na kościach 8, 1 i 1, a trzeba było wyrzucić 8 lub mniej (rzut na budowę z 10% kary)

Był to znak. Ale tylko jeden znak jest ledwie przypadkiem. Trzeba wypatrywać ich więcej.

Żegota przeszła korytarzem kolejne 6 metrów, aż dotarła do pomieszczenia 3 na 3 metry, które wypełnione było stojakami na broń i pancerz. Wszystko było puste, ale od tego pomieszczenia odchodziły drewniane drzwi na lewo, przez które dostrzec można było światło.

Światło napoiło byłą milicjantkę lekkim natchnieniem i nową falą nadziei, ale nie mogła zapomnieć że jest na obcym terytorium. Przestała śpiewać i podeszła powoli do drzwi, nasłuchując, po czym spoglądnęła przez dziurkę od klucza. Nie mogła podejść do tych drzwi tak beztrosko - toć z łatwością mógłby je kto z drugiej strony otworzyć z kopa i ją ogłuszyć.

Przez dziurkę od klucza widziała Kona, jak siedział przy jakimś ogniu. Ognisku w którym paliły się kości. Obok niego siedziała transparentna zjawa ubrana w jakieś czarne łachmany. Kon patrzył się w ogień pustym wzrokiem. Tajemnicza postać również miała twarz skierowaną w ogień, ale nie można było dokładniej powiedzieć bo miała na głowie naciągnięty duży kaptur, tak że zasłaniał w całości jej twarz.

"Ło kurwa" rozległo się w myślach kobiety.
Otworzyła i podeszła pewnym krokiem do ogniska, obserwując reakcję posiedzenia okrągłego ognia.

Znalazła się w komnacie, która wyglądała na jakiś mały aneks kowalski. Było kowadło, była osełka napędzana nogą, był piec, ale z dziurami, były półki na broń, na których znajdowało się jedno, zakurzone ostrze.
W momencie gdy Żegota weszła do środka, ognisko zgasło, zapadła kompletna ciemność, która była rozjaśniana tylko przez pochodnie Żegoty, a Kon spojrzał na kobietę pustym, pozbawionym blasku wzrokiem.

Kobieta nie pierdoliła się w tańcu:
- Opętała Cię i mam Cię próbować ratować, zabić, czy po prostu mordujesz się z przeszłością?

Na dźwięk głosu Żegoty Kon zamrugał jak przebudzony, rozejrzał sie zdzwiony po pomieszczeniu, i po chwilu odpowiedział w głupi jak na niego sposób:
- Co tu robimy?

@Xel

Kapłanka weszła do korytarza trzymając kolejną pochodnię. Po Żegocie i Konie i nie było śladu. Za to widziała korytarz kończący się skrętem w lewo. Ściany były pięknym przykładem wspaniałego murarstwa.



Idąc dalej i skręcając w lewo (innej drogi nie było), doszła po 3 metrach do pewnej komnaty. Komnata byłą okrągła i ciemna jak noc, na ścianach wisiały puste haki żelazne pokryte rdzą. Pod jednym z haków leżała roztrzaskana latarnia kryta. Rozlegał się zapach nafty, ale tylko zapach, gdyż w rozbitej latarni było tylko kilkanaście kropel. Sufit był na wysokości 3 metrów. pod sufitem był rząd dziur o średnicy półtora metra rozłożonych względem siebie co 45 stopni. Czyli razem 8 dziur. Jedna z dziur była zablokowana świeżą, wilgotną ziemią wymieszaną z kamieniem. Na środku był marmurowy podest, coś jak kawałek kolumny na popiersie, ale pusty, nic na nim aktualnie nie leżało. Od komnaty odchodziły cztery wyjścia, ale wszystkie były zawalone poza jednym znajdującym się po prawej 90 stopni od wejścia, którym przyszła kobieta.
avatar
Faust

Liczba postów : 110
Join date : 17/05/2015

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Misja po Nowy Świat [sesja]

Pisanie by Xelacient on Czw Gru 07, 2017 3:51 pm

I tak żak wykazał się większą wiedzą o demonach niż kapłanka, w sumie to nie było trudne, bo cała wiedza Nadii była luźnym zbiorem znanych ze słyszenia historii, dlatego słysząc odpowiedź tylko wzruszyła ramionami i zostawiła Mordechaia w spokoju.

Zaimprowizowanie odpowiedniej pochodni zajęło jej dłuższą chwilę, toteż zanim zeszła korytarzem Kona i Żegoty już dawno tam nie było. Jednak droga była tylko jedna, na lewo. Wobec tego miała nadzieję, że ich szybko znajdzie. Niestety, pomieszczenie przed którym stanęła było ciche i ciemne, nigdzie nie widziała śladu swoich towarzyszy, zawołała ich parę razy, ale odpowiedzi nie było. Jednak potłuczona lampa i świeży zapach nafty wskazywał na to, że przechodzili tutaj przed chwilą. Wyglądało na to, że musieli się zacząć przeciskać, którąś z dziur w ścianie (bo innej możliwości Róża nie widziała), jednak nie była w stanie określić którą. Róża nie miała ochoty wdrapywać się do tych otworów, a tym bardziej później nimi pełzać. Do tego nie mogła odgadnąć gdzie są, toteż nie było sensu błądzić w ich poszukiwaniu. Wobec tego kapłanka westchnęła i wzruszyła ramionami po czym zwyczajnie zawróciła.

Jeśli nic po drodze jej nie zatrzymało to Róża wróciła do "komnaty mieszkalnej". Usiądzie na łóżku, obok Lawenda, która już powinna spać. (Jednoosobowym, bo Nadia nie chciała się zamieniać łóżkami z Żegotą, żeby przypadkiem nie roznosić chorób) Przez jakiś czas nasłuchiwała czy zwiadowcy wracają przy okazji gładząc podopieczną po głowie. Jeśli nie będą wracać przez dłuższy czas to Nadia zwyczajnie zaśnie tak jak usiadła.
avatar
Xelacient

Liczba postów : 43
Join date : 25/11/2017

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Misja po Nowy Świat [sesja]

Pisanie by Faust on Nie Gru 10, 2017 12:28 pm

@Szyszek

Dla Żegoty to było podejrzane. Baardzo. Prawdopodobieństwo opętania przez zjawę: 50%.
- Twoje ostatnie wspomnienie. Już! - wycelowała mieczem w Kona.

Żegota obserwowała reakcję Kona, szuka wszystkiego co mogłoby jej potwierdzić że mówi prawdę/fałsz.

Kon wzruszył ramionami.
- Pamiętam jak przeszedłem tutaj, znalazłem tamto srebrne ostrze - pokazał na półkę - a potem usiadłem sobie przy ognisku i musiałem przysnąć, tak myślę.
- I było rozpalone gdy przyszedłeś? - aż zasyczała, mrużąc oczy. Baaardzo jej się to nie podobało.
- Tak zażyło się. Musiałem poruszyć węglami by się rozpaliło.

Żegota spojrzała przez krótką chwilę na ognisko. W ognisku paliły się aktualnie same kości i biały popiół.

- Ognisko składające się z kości rozpaliłeś. Poruszając węglami. Żarzącymi się wcześniej. I w ogóle Cię nie zastanowiło żarzące się ognisko z kości, w samym środku pierdolonych opuszczonych ciemnych jak dupa ruin. Kon, kurwa... postaraj się bardziej.

Twarz Kona przeciął grymas
- To wytłumacz mi kurwa demony, wilkołaki, objawiających się bogów i inne cholerstwo, co? Tamto Cię nie dziwi a ognisko już tak?
- Nie, nie dziwi mnie, już to widziałam na pograniczach Imperium. Dziwi mnie natomiast że tak po prostu wybrałeś się na niedzielny spacerek całkiem sam do serca pierdolonych ruin i przysiadłeś się do żarzącego ogniska z jebanych kości i tak po prostu sobie usnąłeś jak gdyby nigdy nic. Które kurwa zgasło gdy tylko weszłam, choć jarało się jak pojebane. Nie wiem kurwa czy ta zjawa co przy Tobie siedziała Cię opętała czy nie; nie wiem kurwa co kombinujesz i czy w ogóle, ale mam Cię kurwa na oku. I tak nic z Ciebie teraz nie wyduszę. Ale jeśli tylko ją jeszcze raz zobaczę, to przysięgam że przywołam całą potęgę Monomacha jaką mogę i rozdeptam ją w proch i w pył. Wracamy. Teraz. Nie powstrzymam Cię przed wzięciem sobie srebrnego miecza, ale fakt, że słyszałam że pętają się tu wilkołaki a całkiem dobre wilkołakobójcze ostrze siedzi sobie w samym środku opuszczonej zbrojowni opuszczonych ruin każe mi wątpić by był to dobry pomysł.

Kon zaśmiał się i wstał i sięgnął po ostrze
- Wy kobiety i te wasze boginie. Jakoś facet sobie poradzi sam i nie ma zwidów, zjaw i bogów.
- Nie ma zwidów, zjaw i bogów, ale mutanty, wilkołaki, demony i ogniska z kości już są, ta?
- A czort to wie.
- Chodź kurwa, nie będe tu stać cały dzień. Rozmowa skończona.
- Prowadź o najważniejsza

Para wyszła z komnaty ku wyjściu.

@Xel

Róża znalazła się w pozostałych komnatach. Mordechai przestał grzebać w ogniu, Join siedział na zewnątrz czatując.

@Szyszek

Wyszli z powrotem do komnat mieszkalnych. Kon odpowiedział:

- Wezmę pierwszą wartę. I tak spać nie mogę.

Po czym najemnik udał się na zewnątrz.

@Xel i Szysz

Atmosfera była napięta, ale wszyscy byli zbyt zmęczeni, by cokolwiek z tym zrobić. Żegota wzięła drugą wartę po Konie. Gdy nastawał świt, do byłej poborczyni podatków podszedł Join. Byli na zewnątrz.

- Dobra. Ja tu posiedzę już z Tobą, jakoś się obudziłem i spać nie mogę.

Join usiadł obok Żegoty przy dogasającym ogniu kapliczki i przeczesywał wzrokiem dżunglę

@Wszyscy

Wszyscy teraz jesteście w tym samym okresie czasowym.
avatar
Faust

Liczba postów : 110
Join date : 17/05/2015

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Misja po Nowy Świat [sesja]

Pisanie by Szyszak on Nie Gru 10, 2017 5:48 pm

- Co się stało z Konem. Wtedy przy konfrontacji z chochlikiem - powiedziała do Joina po chwili, spoglądając w gwiazdy.
Join nie przrywał oglądania dżungli. Odpowiedział tylko gburowato:
- To nie Twoja sprawa.
- Heh. A już kurwa myślałam że zaczęłam Cię lubić - prychnęła - nasze przetrwanie to JEST moja sprawa, Joinie, w rzyci mam Wasze uczucia. Ale gdy ktoś nagle dostaje fioła na widok tyciego chochlika, idzie sam do prawdopodobnej paszczy lwa a potem zostaje znaleziony przez ranną towarzyszkę siedząc przy ognisku zrobionym z jebanych kości w towarzystwie pierdolonej zjawy, odmawiając jakichkolwiek tłumaczeń, to wolałabym wiedzieć czy dalej jest sens się z Wami zadawać i jest jeszcze dla nas jakaś nadzieja, czy po prostu dać sobie siana i odejść i zginąć na własną rękę i na własnych warunkach. Bo to że zginiemy przy takich podziałach wewnętrznych jest pewne.
- Na razie to Ty jedna masz problem z podziałami. Tak wiem, Kon chciał tutaj namieszać, ale już nie chce.
Join pewnie widział, jak Żegota na niego patrzy z politowaniem
- No dobra! Dobra! Powiem to co najważniejsze - westchnął.

- Mieliśmy pewną robotę. Zostaliśmy wynajęci przez jakiegoś nekromante czy czarnoksężnika by zabić drugiego. Troche nam to nie wyszło i przez jakiś czas Kon był uwięziony w Tartarze. Tak kurwa, w piekle. Dlatego tak się zesrał na widok tego chochlika. Dodatkowo on sam zaczął mieć jakieś przywidzenia i stął czymś w rodzaju medium czy coś, dlatego czasem widać wokół niego zjawy czy inne duchy, ale są nieszkodliwe. To są tylko wizje alternatywnych rzeczywistości, czy czasów. Czasami można je zobaczyć, ale nie wpływają na nasz świat poza okazjonalnym napisaniem nam czegoś pomarańczową kredą lub zostawieniem nam jakiś nacechowanych emocjami przedmiotów. To są już jakieś prawa planów i światów i takie tam... ale to już nieważne. To wszystko co mam do powiedzenia.
Join wócił do obserwowania dżungli.

- W zupełności mi to wystarczy, Joinie. Całkowicie - odpowiedziała stoicko. Po dłuższej chwili wstała i ruszyła ku schronieniu, po drodze zatrzymując się za Joinem i kładąc mu rękę na ramieniu.
- Dziękuję. Choć raz będę mogła zasnąć wolna od wszechogarniającego wkurwienia i nienawiści, nagromadzonych z całego dnia - przez ułamek sekundy uśmiechnęła się - Przejmij tę resztkę warty jaka tu została.

Żadnego rabanu nie było, nikt nie wołał Róży to ta w końcu osunęła się na łóżku i momentalnie zasnęła z wtuloną w nią Lawendą. Kapłanka spała mocno, ale zaraz po świcie się przebudziła. Czy to był wewnętrzny zew czy też tupot ciężkich buciorów kurdupla, Nadia wstała zaraz po nim. Swojej podopiecznej dała jeszcze pospać, zaś sama poszła zobaczyć co z kapliczką. Została tam czuwającą Żegotę oraz Joina. Ku swojemu zadowoleniu ujrzała, że popiół po demonie sie rozwiał.
- Witajcie tego pięknego poranka - spróbowała zagadać beztrosko - były jakieś problemy w ciągu nocy? Coś ktoś słyszał? Coś komuś się śniło?
Róża niemal wpadłana Żegotę w progu, akurat gdy ta kierowała się do łóżka.
- Cisza i święty spokój. Jak na wojnie; tu pierdolnie, tam pierdolnie i znów jest spokojnie. Zaraz znów wrócimy do stadium "pierdolnie", pytanie tylko z której strony... na razie zostawiam to Wam, póki co wracam spać.
avatar
Szyszak

Liczba postów : 107
Join date : 06/04/2014

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Misja po Nowy Świat [sesja]

Pisanie by Xelacient on Wto Gru 12, 2017 2:54 am

- Zatem w tym tunelu nic nie było groźnego, prawda? - zapytała Nadia retorycznie, po czym zajęła obejściem. Najpierw sprawdziła w jakim stanie jej ogródek, wyrwała parę kiełkujących chwastów, podsypała rośliny popiołem, później je podlała. Następnie się samą kapliczką. Wznieciła w niej ogień i zaczęła się do niej modlić. Zanim obudzi resztę do wspólnej modlitwy to chciała jeszcze indywidualnie podziękować Boginii za zwycięstwo nad demonem.

Join widząc to nie odzywał się tylko dalej trzymał wartę, był już na tyle pobożny, by traktować modlitwy Nadii z należytą powagą i jej nie przeszkadzać.
avatar
Xelacient

Liczba postów : 43
Join date : 25/11/2017

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Misja po Nowy Świat [sesja]

Pisanie by Skrzynek on Wto Gru 12, 2017 4:20 am

Gdy pościg za nią dobiegł końca ukryla się w jakiś krzakach, przykucając i czekając aż uspokoi jej się oddech. A potem jeszcze długo tam siedziała, myśląc co teraz zrobić. Myślenie nie było wprawdzie jej mocną stroną, ale miała dość czasu by ukuć jakiś prosty plan.

Zwiedzanie okolicy w poszukiwaniu jedzenia nie uśmiechało jej się, podobnie jak i śledzenie wyjców, przez to że złe się czuła. Bycie w złej formie nie było dla niej niczym nowym, ale nie miała po co ryzykować skoro miała zapas jedzenia i mogła po pozwolić sobie na odleżenie choroby. Niemniej wpadło jej do głowy jeszcze coś - wyjce najpewniej wrócą. I o ile nic nie zrobi, głupki z ruin zapewne padną. Nie pałała do nich żadnym specjalnym uczuciem ani zaufabiem, ale dało się z nimi wczoraj dogadać. Na pewno wolałaby mieć ich za sąsiadów niż agresywne, dzikie wyjce z irytującą dobrym węchem. A skoro tak, to może przydałoby się ostrzec tych z ruin? Przygotowali by pułapki, broń, a może... Może nawet sami by zapolowali na tych skurwysynów? Ba, może nawet jeśli Miriam im pomoże, to dostanie w swoje ręce część łupów po tych wilkopodobnych dupkach? To była interesująca perspektywa...

Po jakimś czasie więc wstała i poszła do swojej dziupli, po drodze nacierając się czymś co miało zmylić węch wyjców jeśli węszyliby blisko jej drzewa ( o ile w ogóle byliby w stanie je znaleźć). Na górze zjadła trochę znalezionych wczoraj jagód i jeżyn oraz przeżuła z lubością porządną porcję mięska, biorąc jeszcze prowiant na drogę. Wzięła też kosz by mieć gdzie chować znalezione fanty, jedzenie i surowce.

Zaraz miało świtac i i tak by nie zasnęła, więc postanowiła wybrać się do ruin, po drodze przystając tylko by się napić oraz zbadać trasę po której wcześniej goniły ja wyjce. Fakt że było to tak blisko jej drzewa odrobinę ja niepokoił, ale też sprawiał że znalezienie śladów było trywialnie proste, bo najblizszą okolice znała jak własną kieszeń. Po krótkim czasie znalazła jedną ze strzał wystrzelonych przez Wilkowatych i z tym dowodem na swoją historię udała się w odwiedziny do rozbitków w ruinach...
avatar
Skrzynek

Liczba postów : 18
Join date : 25/11/2017

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Misja po Nowy Świat [sesja]

Pisanie by Xelacient on Wto Gru 12, 2017 4:33 am

Skrzynek napisał:Miriam patrzyła od jakiegoś czasu na ruiny, obserwując czatujących przy kapliczce Żegotę i Joina. Żuła powoli ususzone wczoraj mięso, myśląc czy to aby dobry pomysł by wychodzić i ujawniać się Żegocie. Zapewne słyszeli wycie w oddali, ale mogli to wziąć za zwykłe wilki. Po chwili jednak z ruin wyszła także kapłanka, a Żegota weszła do środka, zapewne by się przespać. Był tam też jakiś facet trzymający kuszę. Join, o ile dobrze podłapala to jak witała się z nim Nadia. Ha! Znała już chyba większość imion tych idiotów!

Przysłuchała się też modlitwie, jaką kobieta zaczęła odmawiać nad kapliczką. Dziękowała za bezpieczną noc i... Pomoc w zabiciu demona? Zaraz zaraz, wczoraj mówiła coś o demonie!
Miriam zmarszczyła czoło, nagle zdjęta wątpliwością czy aby faktycznie rozmawiała wczoraj z Adeogloria, ich boginią. Po chwili jednak wzruszyła na to ramionami. Jeśli gadała z demonem, to znaczy że coś na tyle słabego by te tępaki go zabiły jest tu silniejsze od bogini. A jeśli rozmawiała z boginią to znaczy że ja wykpiła. Tak czy inaczej układy z Adeoglorią były stratą czasu.

No ale, nie przyszła tu by pluć w oczy bogini czy jej kapłance. I widząc że tamta dwójka kończyła właśnie krótką modlitwę, a Żegota nie wychodzi na zewnątrz, postanowiła się ujawnić.

- Dodaj do dziękczynień to że mam lekki sen, klerze! - półorczyca odezwała się głośno, tonem szorstkim jak spękana górska grań. Jednocześnie wstała i wystąpiła na krok przed krzaki u skraju polany. Była wyprostowana, w pełni swojej obszarpanego, zdziczałego majestatu. Łuk trzymała luźno, wycelowany w ziemię - Gdybym nie odciągnęła wyjców nad ranem, to już by was zarżnęły - dodała jeszcze dla klarowności.

Wyrwana z zadumy kapłanka nieprzytomnie spojrzała się na rozmówczynię, ale zaraz się otrząsnęła, wykonała jakiś gest i jakieś słowa kończące modlitwę, po czym wstała. Miała na sobie jedynie lniane giezło sięgające jej do połowy łydek, z długimi rękawami.
-Spokojnie Join - uspokoiła towarzysza, który zdążył się zerwań na równe nogi - opuść kuszę, przecież widzisz, że sama trzyma łuk opuszczony, chce gadać to porozmawiam  z nią.

Uspokojony tym kurdupel opuścił broń, ale  widać było, że jest spięty. Sama Nadia wyglądała na wiele spokojniejszą, nawet nieco zbliżyła się sie w stronę Miriam.
- Lekki sen mamy dzięki opiece Boginii, dzięki której wczoraj pokonaliśmy demona - odparła prosto - i o jakich wyjcach mówisz? Masz na myśli wilkołaki? - dodała z wyraźnym zmartwieniem.

Skrzynek napisał:Miriam gapiła się intensywnie na Joina gdy ten najpierw w nią celował, a potem opuszczał broń. Usatysfakcjonowana z jego uległości, skupiła się z powrotem na kapłance.
- A co innego wyje, zasadzki planuje, na dwóch łapach łazi, pancerz ma i strzela? - odpowiedziała pytaniem. Wyciągnęła z kołczana strzałę wyjców jaką znalazła na trasie ich króykiego pościgu za półorczycą, po czym rzuciła ją płasko pod nogi tamtych dwojga jako dowód potwierdzający jej słowa - Czterech się przed świtem zbliżało do ruin. Gdybym nie przeszkodziła to by zastrzelili wartowników i wymordowali śpiących - obwieściła twardo, nie kryjąc jak mało wierzyła w ich szansę na obronienie swojego obozu.

- Nigdy bym nie podejrzewała wilkołaków o noszenie pancerzy i strzelanie z łuków - odparła Nadia podnosząc rzuconą strzałę i dokładnie ją oglądając - jednak skoro ich samodzielnie przegnałaś to nie byli zbyt groźni... chyba, że... to był tylko zwiad... tak to mógł być zwiad - dodała zamyślona, ale zaraz się otrząsnęła - niemniej dziękuje Ci za ich przepłoszenie oraz ostrzeżenie nas

Skrzynek napisał:- Chcieli zaskoczyć. A ja to popsulam. Więc odeszli - Miriam uniosła wolną dłoń do nosa by gwałtownie wysmarknąć gluta na trawę -  Ale wrócą. Wiedzą gdzie was szukać. Wyniuchają dym z waszych ognisk i kapliczek. Teraz albo wy wybijecie ich, albo oni was
- Chyba że zaraz po zmówieniu paciorków wytarzacie się w czymś po czym was nie wywęszą i nogi za pas. Ciekawe w ile nocy was wytropią, dogonią i zarżną - uśmiechnęła się półgębkiem, jakby chciała zobaczyć moment gdy ich złapią na własne oczy... Po chwili jednak znowu przybrała minę poważną jak bezdzietny grabarz - Albo... Możecie się uzbroić i zapolować na skurwieli w całą siódemkę. Jak się uda ich zaskoczyć to może ktoś z was przeżyje... A ja, w zamian za łupy, mogę wam w tym pomóc - wyszczerzyła swoje pożółkłe żeby, w tym uwydatnione kły. Jeśli Nadia się na tym znała, mogła zapewne poznać że Miriam jest jedynie półorczycą, nie zaś zielonoskórą czystej krwi.

- Odważna propozycja, ale polowanie na wilkołaki to złe rozwiązanie - odparła powoli Nadia - te bestie znają teren lepiej od nas, a i nam daleko do pełnej sprawności  bojowej - dodała ostrożnie - lepiej nam się bronić tutaj... jednak chciałambym się Ciebie Miriam spytać o coś innego - dodała zmieniając temat - znasz wspólny, więc pewnie jesteś rozbitkiem tak jak my? Mam rację? Długo żyjesz już w tej dziczy? No i im dłużej na Ciebie patrzę tym mam większą pewność, że jesteś półorkiem... powiedzmy, że zdarzyło mi się widzieć dość mieszanców, by wychwycić te subtelne różnice, w tym też mam rację?

Skrzynek napisał:Miriam zmróżyła oczy, przestając się uśmiechać.
- Mądrala! - warknęła pod nosem, choć na tyle głośno by tamta usłyszała. Znów złapała drugą dłonią za strzałę, patrząc w stronę drzwi na wypadek gdyby ta chciała ją zagadać i zaczekać na swoich z kuszami. Po chwili jednak odpowiedziała - Lata. Byli inni. Ale dali się zabić, gupi jak wy.
Przygarnęła się, ale trudno było rozpoznać czy to z powodu wspomnień, czy przez podejrzliwość każąca jej zejść do pozycji bojowej.

Róża kiwnęła głową jakby takiej odpowiedzi oczekiwała, jednak już nie wypytywała o szczegóły, tylko uważniej przyjrzała się jej ranom.
- Zatem więcej nas łączy niż dzieli i tego trzeba się trzymać... słyszałam, że prosiłaś Adeoglorię o uzdrowienie swoich ran, niestety moja Boginii jest zbyt słaba, by robić to natycmiast, ale dała mi moc, by robić to w jej imieniu... dlatego jeśli chcesz to teraz spełnię twoją prośbę... schowasz sie w krzakach, a ja zaraz wrócę ze swoją torbą do leczenia.... dobrze? - zapytała na koniec.

Skrzynek napisał:Miriam uniosła wargi w nieprzyjaznym grymasie.
- Nic nie łączy! - odszczeknęła przyciszonym głosem - Nic! Ty martwa gdyby nie ja, ja martwa gdybym bogom ufała zamiast na drzewie mieszkać! Leczenie to ty mi winna jesteś za kupienie wam kolejnego dnia życia, psia mać! - splunęła na ziemię, wyraźnie wkurzona za te porównania. Skinęła brodą w kierunku drzwi do ruin, pokazując by poszła co ma pójść, samej idąc tyłem by schować się w krzakach - Sama! - rzuciła jeszcze za Nadią.

- Oczywiście - odparła jakby było to coś oczywistego - nikogo do pomocy nie potrzebuje! Spokojnie Join, stój tam gdzie stoisz - dodała w stronę towarzysza, po czym odeszła w stronę ruin. Tam nie zwracając uwagi budzących sie towarzyszy wzięła swoją torbę medyczną i się wróciła. Weszła między krzaki w których zniknął półork, gdy go odnalazła bez słowy wzięła się pracy.

- No teraz powinno w porządku, spróbuj przez najbliższy czas nie zabrodzić opatrunku - dodała na koniec - pomogła na tyle na ile mogłam, jakbym miała zioła to byłoby lepiej... a właśnie, skoro przeżyłaś tutaj tyle czasu to może nauczyłaś się rozróżniać zioła lecznicze od tych trujących? - zapytała się z widocznym zainteresowaniem.

Skrzynek napisał:Gdy rosła hybryda zobaczyła Nadię tylko wskazała głową kierunek. Odeszły jeszcze kawałek, tak że polanka zniknęła im z oczu. Dopiero wtedy czuła się na tyle swobodnie by odłożyć broń i pozwolić opatrzeć sobie rękę oraz stopy.

Nie pachniała najlepiej. Pot, roślinne resztki którymi się nacierała by zmylić nosy wyjców oraz odrobina ropy robiły swoje. Nadia miała jednak okazję przyjrzeć się jej pokaźnym mięśniom i całkiem pokaźnym piersiom jakie napisały ukradzioną Żegocie koszulę. Byłaby okazem zdrowia gdyby nie ten katar oraz zwiększona temperatura. Miała też powiększone węzły chłonne.

Zamiast odpowiedzieć od razu na pytanie Róży, Miriam najpierw wyciągnęła z kosza wydrążonego kokosa. Otworzyła wieczko i wyjęła z niego jedną jagodę.
- Te trujące. Dobre na broń. Nie zabija, ale w głowie buja. Jedna na strzałę - Dała ten jeden owocek Nadii, potem zamykając i chowając kolosa. Tym samym pominęła zgrabnie to jak się tego dowiedziała. Rozejrzała się po lesie wokół nich, wzruszając ramionami - Coś tam wiem. Ale ja nie chodzący zielnik. Trzeba by połazić razem by ci pokazać. Ale to nie za darmo - spojrzała przeciągle i poważnie w oczy kobiety naprzeciwko - Zresztą, jak w ruinach zostaniesz to i tak cię zeżrą. Więc na co ci się uczyć? Lepiej się na chuja nadziej czy co.

- Oj chyba zaraz na jakiegoś chuja się nadzieję skoro i tak zaniedługo mam zginąć! - zakpiła Róża - jednak za tą jagódkę dziękuje - dodała chowając ją do przegródki w torbie - co do twojej propozycji to na pewno z niej skorzystam... jak będzie mnie na nią stać... a na razie... jeśli łowy nie będą Ci... to zawsze będziesz mogła nas próbować znaleźć na plaży  - dodałą niepewnie drapiąc sie po brodzie - mamy sieci to łowimy ryby w morzu, lepsze to niż szukanie jedzenia w dżungli, jak będziesz chciała to sie będziesz mogła przyłączyć do nas wtedy.

Skrzynek napisał:Półorczyca zmarszczyła brwi jakby nie zrozumiała sarkazmu. Potem jednak prychnęła, rechocząc krótko.
- Żeby mnie Słoni zjedli? Wy to nie wiem czy odważni czy gupi... - wciąż rechocząc wyciągnęła z kosza zawiniętą w szerokie liście porcję uduszonego wczoraj, lekko uwędzonego mięsa. A raczej to, co jeszcze z tej porcji nie zjadła (jakieś 100g). Podała to Nadii z lekko szyderczym uśmiechem, wstając i zaczynając się pakować - Małpinka od was! Masz i wypchaj się z zaproszeniami.  I tak tylko ty mnie tam chcesz. Nie bogini, nie faceci, na pewno nie Lawenda i nie Żegota. Ona wciąż nosi twój habicik, co nie? - znów zarechotała, poprawiając kołczan ruchem ramienia i biorąc łuk że strzałą do rąk. Najwyrazniej bardzo ja bawiła ta sytuacja. Aczkolwiek ten śmiech zabrzmiał w połączeniu z jej oczami jakby nieco nerwowo. Po chwili jednak wyprostowała się nad Nadią, nagle patrząc na jedno z drzew. Pstryknęła palcami i wskazała na nie. - O! Z kory tego dobre włókna na sznurki i w ogóle! Poskręcajcie trochę. Na pułapki i broń się przyda. A jeśli przeżyjecie to będzie coś na handel - wyszczerzyła się i klepnęła Nadię po plecach z taką siłą, że nie dziwne by było gdyby się zachwiała albo na chwilę zapadło jej dech.

- Powiadasz? - spytała się kapłanka krytycznie patrząc na drzewo - no cóż, nie zaszkodzi spróbować, może z Lawendą jakiś powróz ukręcimy, może nawet coś wypleciemy do odziania się, bo zaniedługo moje giezło na bandaże przerobię... i będę biegała tak samo odkryta jak ty - dodała z krzywym uśmiechem - co do moich towarzyszy to wiem jak się sprawy mają toteż opatrzyłam twoje rany z dala od ich wzroku... chociaż, chyba  istnieje coś co by przekonała facetów - dodała Nadia z zamyśleniem wpatrując sie w piersii Miriam

Skrzynek napisał:Miriam spojrzała na Nadię, na swoje piersi, i znowu na Nadię. Nagle załapała aluzję. Jej prawa, obandażowana ręka wystrzeliła ku kobiecie by złapać ją za koszulę na jej piersi i przyciągnąć pod nagle znów wykrzywioną wściekłym grymasem twarz Miriam. Kobieta musiała aż wstać na palce.
- Jak jeszcze raz choć pomyślisz że taka że mnie dziwka - wycharczała jej prosto w twarz, ziejąc oddechem pachnącym mięsem - To na włócznie się nadziejesz zamiast chuja! Dotarło?!

- Źle mnie zrozumiałaś - odparła Róża sama dziwiąc się spokojowi w swoim głosie - nie chcę byś była dziwką, bo Żegota też dziwką nie jest, ale przez sam fakt, że jest kobietą to faceci byli zachwycenii jej pojawieniem się... z tobą byłoby pewnie podobnie, nawet jeśli byłabyś oschła tak jak teraz... ale nie namawiam... będzie więcej chujów dla mnie - dodała uśmiechając się pokrętnie, pot jej spływał po skroni.

Skrzynek napisał:Miriam jeszcze chwilę piorunowała ją wzrokiem spod marsowych brwi, warcząc jak poirytowany pies strażniczy. W końcu jednak puściła, przy okazji odpychając kapłankę o krok do tyłu.
- Jak zechcę to sobie wezmę. Chcą czy nie - odparła. Brzmiało to śmiertelnie poważnie, a spojrzenie jakie posłała Nadii  mogłoby sprawić że męskość niejednego zawinęłaby się w supeł byleby nagle go nie zechciała. Miriam odetchnęła głęboko, zgrzytając zębami, odrobinę się uspokajając. Przynajmniej wyglądało na to że Róży nie groziło już dostanie po twarzy - A nawet jeśli faceci... Żegota też? - uniosła wargę w grymasie i podkręciła głową - Nie... Ja zostaję u siebie. I jak zobaczę że ktoś mnie śledził to daje jedną strzałę na znak, drugą na twarz. Starczy że was wyjce wywęszyły.

Nadia otarła pot z czoła.
-Nie, nie będziemy Ciebie śledzić - zapewniła na odchodne - do zobaczenia... innym razem.

Miriam odeszła, Róża jeszcze przez chwilę stała nasłuchując jej oddalających się kroków.  Po czym wróciła do ruin. Obudziła Lawendę podzieliła się z nią kawałkiem mięsa, następnie wyciągnęła jeszcze Mordechaia oraz Kona z łóżek. Faren był przytomny, ale dalej czuł osłabienie to kazała mu dalej leżeć.

Gdy ich piątka zgromadziła się wokół kapliczki Nadia zarządziłą tylko jedną wspólną modlitwę po czym od razu przeszła do rzeczy. Przekazała zgromadzonym, że rozmawiała z Miriam, a także zdradziła im treść dialogu z nią (pomijając zgrzyt związany z seksualnością), po czym dodała parę słów od siebie.

- Zatem tak jak podejrzewałam Miriam jest rozbitkiem tak jak my, dobrze jej się przyjrzałam, wiec mogę potwierdzić, że jest zdrowym okazem mieszańca, nie miała żadnego śladu demonicznego spaczenia, więc na pewno nie jest mutantantem. I jeśli wam to robi różnicę to jest półorkiem, mieszańcem... jednak bliżej nam do takiego mieszańca niż wilkołaka, dlatego wierzę w jej historię o tym zwiadzie wyjców... wilkołaków... pamiętacie, że kręcili się w pobliżu tych ptasich gniazd. Zatarliśmy nasze ślady, więc nie trafili do nas jak po sznurku tylko wysłali zwiad... jeszcze nas nie znaleźli, ale już trzeba myśleć o obronie.

Zapadła chwila milczenia, wizja ataku wilkołaków nie była zbyt przyjemna.

- Nie ma co tak stać - rzekła w końcu Róża - ja z Konem weźmiemy sieci rybackie i pójdziemy na plażę. Join i Mordechai nazbieracie drewna, a później zobaczycie ile prawdy jest w słowach Miriam, zobaczycie czy rzeczywiście ze wskazanego przez nią drzewa da się pozyskać sznury, Lawenda wam pomoże.

Wszyscy rozeszli się do swoich zajęć, Róża oczywiście pokazała wszystkim wspomniane przez Mirian drzewo. Po czym ruszyła z wysokim mężczyzną na plażę. Kon wziął swoje uzbrojenie na wszelki wypadek, kapłanka miała tylko zaostrzony kij. Do tego niosła swoją torbę medyczną oraz sieci.

Po drodze wzięła towarzysza za rękę pod pretekstem pomocy w ominięciu jakiejś przeszkody. Jednak po tym nie chciała puścić jego dłoni.
-Podobają Ci się moje włosy? Chyba je zacznę sobie zapuszczać, żeby mi sięgały przynajmniej za ramiona - dodała po chwili, z udawaną obojętnością. Miała nadzieję, że Kon domyśli się reszty, że nie bez powodu poszli na plażę tylko we dwoje.

W świątynii, jak już nie mogła sobie radzić ze stresem to zawsze mogła trochę popić. Tu alkoholu nie było to musiała inaczej rozładować napięcie, do tego wciąż czuła tą głupią zazdrość po tym jak Kon z zachwytem gapił się na cycki Żegoty. Do tego rozmowa z Miriam zrobiła swoje, czuła strach, którego wstydziła się przed Boginią. Dlatego coraz bardziej desperacko potrzebowała chwili zapomnienia.

W końcu gdy dotarli na plażę kapłanka zatrzymała się, ścisnęła żołnierza za rękę i spojrzała mu w oczy przygryzając z emocji dolną wargę. Jeśli to nie sprowokowałoby reakcji u mężczyzny to wskazywałoby to na poważne problemy ze zdrowiem!


Ostatnio zmieniony przez Xelacient dnia Wto Gru 12, 2017 4:45 pm, w całości zmieniany 1 raz
avatar
Xelacient

Liczba postów : 43
Join date : 25/11/2017

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Misja po Nowy Świat [sesja]

Pisanie by Faust on Wto Gru 12, 2017 9:10 am

@Szyszek

Żegota poszła się przespać. Ostatecznie uzyskała chociaż część odpoczynku, co pomogło jej zagoić rany.

Rana na lewej nodze (opatrzona); KARA: zmieniono z 10% na 5%
Ssący głód; KARA: zmieniona z 0% na 5%


Po obudzeniu się poczuła się trochę głodna. Wiedziała na co jest głodna. Doskonale wiedziała. Jednak nie chciała przyjąć tego do wiadomości. Możliwe, że sama stawała się wynaturzeniem tak bardzo pogardzanym przez siebie i jej boga.

Rzut na spryt udany

Możliwe, że jest alternatywa. Mogła zakosztować wilkołaka. Możliwe że to pozwoli stłumić to ssanie w żołądku. Musiała tylko upolować jednego i nie zginąć.

@Skrzynek

Miriam została opatrzona przez Róże. Z pewnością pomogło to na ranę po ugryzieniu, jednak chorobę będzie musiała odespać albo wyleczyć ją pod opieką kapłanki.

Rana po ugryzieniu po opatrzeniu przestałą całkowicie dokuczać; kary zlikwidowane

Po drodze do kryjówki Miriam natknęła się na przewalone drzewo w pobliżu zarośnięto pagórka. Co ciekawe, po upadku tego drzewa została odsłonięta częściowo zarośnięta jama. Na pierwszy rzut oka wyglądała na suchą jaskinie, a dalej widziała zardzewiałe tory. Porzucony szyb kopalniany. Doskonała kryjówka lub miejsce do szabru. Zamiast zasuwać pół mili do swojej dziupli mogłaby przenieść się tutaj i być bliżej ruin, jak również oceanu. Jak również nowa okolica oznacza nowe tereny łowieckie. Okolica jej starego leża byłą już prze półorka całkowicie przetrzebiona z owoców i zwierząt. Sama zwierzyna omijała ją i jej dziuple. To miejsce może okazać się lepszym wyjściem.

@Xel

Ogródek rósł naprawdę dobrze. Krzak róży rodził coraz to więcej owoców. Na razie były tylko okazy wysuszające łono, ale w przyszłości... kto wie?

Zauważyła też, że jej pulsujące, kolczaste nasiono stawało się coraz mniej żywe. Nasiono minimalnie, ale zauważalnie mniej pulsowało, a jego odcień zieleni zmienił odrobinę odcień.

Również jej rośliny lecznicze zaczęły gnić i schnąć. Musi je albo przerobić na mieszanki, albo próbować zasadzić.

***

Kon spojrzał na kapłankę najpierw zdziwiony, ale po chwili w oczach zabłysło zrozumienie. Uśmiechnął się zawadiacko, a potem zaśmiał się gromko, jakby coś zrozumiał. Rozluźnił się, jakby coś zmieniło.

Rzut na charakter nieudany

W sumie to nie jest ważne i Róży to nie obchodziło. W głowie miała co innego na myśli.

Kon dłonią pieścił jej twarz, policzek, podbródek, po czym delikatnie, ale zdecydowanie chwycił za ten podbródek, a sam się schylił i złożył pocałunek na ustach kapłanki. Trochę było niewygodnie, bo musiała bardzo zadrzeć głowę do góry, by móc pocałować takiego wielkoluda, ale nagłe ciepło rozchodzące się od ust, przez serce, do jej brzucha wynagrodziło jej to. Poza tym długo nie musiała czekać. Gdy nie oponowała, Kon chwycił ją za biodra i podniósł ją w górę. Nogami objęła jego biodra, a rękami otoczyła szyję mężczyzny. Teraz pocałunek był namiętny, wygodny i niesamowicie podniecający. Silne dłonie Kona zmusiły ją jednak do puszczenia jego bioder, co zrobiła z niechęcią, ale nie mogła oponować sile mężczyzny. Po chwili jednak jej przeszło, gdyż Kon trzymając ją w jednej ręce ściągnął z siebie odzienie i położył je na piasku, stwarzając miejsce na ich zbliżenie. Nadii wyrwał się chichot, gdy Kon przerzucił ją z jednego ramienia na drugie, by móc uwolnić druki rękaw. Fakt, że Kon mógł z taką łatwością ją przerzucać tylko ją nakręcał. Po chwili Kon położył ją na plaży na swoim ubraniu i całując namiętnie rozbierał ją. Ona sama również nie mogła powstrzymać dłoni i sama ciągnęła za resztkę jego odzieży przy okazji obmacując zdrowe ciało mężczyzny. Po chwili oboje byli nadzy, a dotyk, smak i zapach spowodował ich zatracenie w miłosnym uniesieniu.

***

Łowienie ryb zajęło parze bardzo dużo czasu, i nawet mieli czas na zabawę w wodzie, a nawet na powtórkę igraszek. W końcu wrócili do ruin.

Było już popołudnie. Naprawdę sporo im to zajęło. Ale teraz byli rozluźnieni i mieli sporo ryb.

Same obozowisko było w niezłym porządku. Mieli dużo teraz drewna i lian, które mogły zastąpić liny.

Farena nie było. Musiał poczuć się lepiej i udać się na zwiad, albo gdzieś.

Lawenda siedziała wraz z Joinem i Mordechajem. Podejrzanie blisko nich, skulona i zaczerwieniona, ale uśmiechnięta. Pletli coś z lian, konserwowali kusze i resztę ekwipunku. Mordechaj również miał uśmiech na twarzy i trzymał się jakby pewniej. Róża wyczuła, że coś jest na rzeczy, ale nie wiedziała co, ale też nie wyczuła nic złego. Sama się dowie pewnie później.

***

Martha przyszła do kapłanki trochę skulona, trochę zarumienia i trzymała ręce przed sobą jakby nie wiedziała co zrobić. Po chwili wyszło szydło z worka. Najwyraźniej nie tylko Róża czuła chuć. Lawenda sama uległa przyjemnością ciała. I tak jak! Swój pierwszy raz oddała Joinowi, a drugi Mordechajowi. To wiele tłumaczyła. Join jednak polecił jej pogadać z Nadią, skąd się biorą dzieci i poprosić kapłankę o remedium na ciążę.

***

Pozostała część dnia została spędzona na różnych naprawach i rozwijaniu "osady".
Nawet znaleźli glinę i mogli zrobić piec.

***

Faren nie wrócił. Był już wieczór. Od Join dowiedziała się, że Faren poszedł zastawić sidła w okolicy, ale powinien wrócić wieczorem. A go nie było. Niepokoiło to resztę załogi. Join i Kon zbierali się by wyruszyć po niego. Mordechai miał zostać z kobietami i pilnować schronienia.
avatar
Faust

Liczba postów : 110
Join date : 17/05/2015

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Misja po Nowy Świat [sesja]

Pisanie by Skrzynek on Sro Gru 13, 2017 1:33 am

Miriam nie była w najlepszym nastroju. Po części przez chorobę, po części przez to jak wkurzyła ją ta plecąca jakieś bzdury Róża. Aż się w niej gotowało przez tą sugestię że miałaby wykorzystać kobiece wdzięki do zaskarbienia sobie facetów. Mogą sobie pożądać, ale przede wszystkim respektować! Jeśli kiedykolwiek by do nich dołączyła to jako ich kompan i tropiciel, a nie jako kolejna cipka i największe cycki na wyspie, BA! Prędzej by im wszystkim chuje połamała niż zniżyła się do poziomu kurwienia by sobie ich zaskarbić! Grrr...

Przez to jak była wkurzona odeszła nieco bardziej na północ niż potrzebowała by dojść do kryjówki. Sapnęła, potrząsając głową by skupić się na tu i teraz zamiast wciąż się nakręcać. I gdy rozejrzała się dla orientacji zauważyła coś dziwnego. Jaskinia? Nie pamiętała by tu jakaś była. Podeszła bliżej i zbadała ją pobieżnie razem z najbliższym otoczeniem. Kopalnia, szyny, wyglądało na okolicę bogatą w jedzenie... Hmm...

Bardzo chciała już wracać do dziupli, ale postanwoiła wślizgnąć się jeszcze na chwilę do tunelu. Niedaleko, nawet bez zapalania pochodni - po prostu na tyle, na ile pozwolą jej światłoczułe oczka. Byle zobaczyć jest zawalona, czy ciągnie się wgłąb wzgórza, oraz czy widać jakąś rudę w ścianach oraz więcej szyn na ziemi. Przetopienie tych ostatnich było oczywiście idealnym scenariuszem by zdobyć jakąś żelazną broń i narzędzia - odmiana którą bardzo chętnie by powitała. Oby któryś z tych rozbitków znał się na rzemiośle i zrobił coś dla niej w zamian za zaprowadzenie ich tutaj... No i tym bardziej miała teraz motywację by ochronić ich przed wyjcami. Sama przecież nie będzie miała dość czasu by zdobywać jedzenie oraz urządzić tutaj pieprzoną hutę!

Po tym zwiadzie (i zabraniu łupu jeśli było tam coś cennego a w miarę nie obciążającego) planowała udać się prosto do swojej dziupli, zbaczając tylko na chwilę by się napić oraz zabrać trochę do legowiska w wydrążonych kokosach. Już u siebie zaszyje się w najdalszym kącie i przyryje czym tylko sięda, dojadając resztę jeżynek i oddając się leczniczej drzemce, prawdopodobnie do wieczora, a po przerwie na kolację oraz picie, prawdopodobnie będzie spała jeszcze do rana.

O ile, oczywiście się nie pogorszy... Starała się nie myśleć o tej ewentualności. Ale jeśi tak by się stało, to może... Może pójdzie do Nadii jeszcze wieczorem? Wolałaby tego uniknąć, jeśli możliwe, ale Miriam nie była osobą która sprzecza się z faktami. A jeśli faktem by było że bez pomocy się nie poprawi, to będzie musiała niestety zakopać swoją dumę.
avatar
Skrzynek

Liczba postów : 18
Join date : 25/11/2017

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Misja po Nowy Świat [sesja]

Pisanie by Faust on Sro Gru 13, 2017 5:00 am

@Skrzynek

Krótki zwiad pokazał, że wewnątrz znajduje się więcej torów. Są wypaczone, pordzewiałe, wiele desek pod nimi pogniło, ale ciągną się wgłąb aż do nieprzeniknionej ciemności. Ściany zwiedzone w ten sposób są pozbawione rud. Możliwe że jest coś z rud to zebrania, ale dopiero dalej w szybie.

Jednak udało się znaleźć kilka rzeczy:

- zardzewiały kilof
- zardzewiała łopata
- fartuch skórzany
- skórzany kaptur
- zardzewiała latarnia kryta

Niezależnie od tego, co Miriam wzięła ze sobą, odpoczynek w dziupli dał lekkie ukojenie.

Kary -5%
avatar
Faust

Liczba postów : 110
Join date : 17/05/2015

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Misja po Nowy Świat [sesja]

Pisanie by Skrzynek on Sro Gru 13, 2017 1:29 pm

Miriam zaciągnęła znalezione fanty bliżej wyjścia, tak by móc tylko się schylić przez wąskie wejście i je wziąć zamiast przeciskać siędo środka. Skózany kaptur założyła na głowę, wiążąc rzemień pod brodą, ucieszona że znalazła porządną ochronę przed deszczem. Fartuch też zabrała - nawet jeśli wyglądał na niej od czapy, to (zapewne?) nie blokował ruchów i zawsze był jakąś dodatkową ocroną przed zranieniami. No i zawsze kolejna warstwa by się przykryć w jej dziupli.

------

Jej sen był przerywany, budziła się kilka razy i znów zasypiała, zmuszając ciało do wypocenia choroby. Pod wieczór zgłodniała. Rozkryła się i  zaczęła dokładnie przeżuwać paski suchego mięsa, wycierająć smarki w rękaw i popijając z kokosa cierpką wodę wyciśniętą wcześniej z lian. Czuła się wprawdzie NIECO lepiej niż rano, ale na pewno nie była zdrowa. I nie miała wcale pewności czy jej się nie pogorszy. Tak samo jak nie wiedziała ile dni jeszcze będzie musiała tak bezczynnie przeleżeć by się wykurować.

I bardzo niechętnie, ale jednak musiała przyznać -  proszenie kapłanki i pomoc mogło być najlepszym wyjściem.

------

Po drodze do ruin zabrała jeszcze zardzewiałe narzędzia z odlanezionej wcześniej jaskini, wsadzając je do głębokiego kosza na plecach. Posłużą jej za fanty na handel albo dowód, że znalazła wartościowe dla nich miejsce, jeśli zdecyduje się ujawnić im istnienie tej jaskini. Plus, nawet zadrzewiały kilof może być lepszą bronią niż drewniany kij, a łopata przyda im się w kopaniu pułapek, o ile nie jest przerdzewiała do cna.

Podchodząc do ruin była czujna, nie chcąc by któryś z rozbitków albo coś czychającego na nich ją zaskoczyło. Ale nie, akurat zdążyła zobaczyć jak któreś z nich woła resztę, a wszyscy przerywają swoje prace i wychodzą na zewnątrz, by o czymś porozmawiać... Miriam nie mogła się jednak doliczyć jednego z nich. Czyżby brakowało jednego z mężczyzny?

[jakby co to potem mogę edytować końcówkę w zależności od tego co zrobili tego dnia.]
avatar
Skrzynek

Liczba postów : 18
Join date : 25/11/2017

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Misja po Nowy Świat [sesja]

Pisanie by Xelacient on Sro Gru 13, 2017 8:15 pm

Nadia szukała zapomnienia w rozkoszach ciała i znalazła je.  Nagle wszystkie problemy stracił na znaczeniu, a sytuacja w której się znalazła przestałą wydawać sie taka zła. To była tylko drobna miłostka ludzi, których los rzucił w to samo miejsce. Jednak tak samo jak tylko jeden kęs jedzenia wiele znaczy dla głodnego tak i taka drobna miłostka znaczyła wiele dla tych, którzy ostatnio nieustannie walczyli o przetrwanie. Świat nagle zaczął się wydawać piękniejszy i w sumie taki zaczął być. Może mieli więcej szczęścia, może dzięki świeżo nawiązanej więzi lepiej współpracowali, ale tym razem nałapali sporo ryb.

Nawet wręcz za dużo, bo zajęci ich noszeniem nie mogli trzymać się za ręce w drodze powrotnej, ku niepocieszeniu Nadii. W ruinach również nie próżnowano, postęp w pracach był spory, ale było coś jeszcze, coś przez co Róża nadęła się niczym kwoka chroniąca swoje pisklę. O ile w stosunku do Żegoty czuła jakaś atawistyczną zazdrość to o tyle w stosunku do Marthy czuła jeszcze bardziej zwierzęcy instynkt macierzyński, który nakazał ją chronić... przed wszystkim!

Kapłanka nic nie mówiła, ale łypała podejrzliwie na wszystkich. Po czym poszła wzniecić żar w ognisku. Jednak ten stan nie utrzymał się długo, bo widocznie Lawenda wyczuła co jest na rzeczy, i w końcu podeszła do swojej opiekunki i wszystko wyznała. Zawstydzenie z jakim mówiła sprawiło, że w końcu kapłanka uśmiechnęła się pobłażliwie.

- Ty chciałaś, oni to chcieli, wszystko jest w porządku - odparła przytulając ją - w końcu masz już czternaście lat! W takim wieku wydaje się dziewczyny za mąż, jesteś prawie dorosła! Jednak jeszcze nie powinnaś zachodzić w ciążę... jeszcze nie masz w pełni rozrośniętych bioder to poród dla Ciebie byłby problematyczny... widzisz moja droga - zaczęła dydaktycznie - dzieci biorą się z połączenia płynu męskiego i żeńskiego, mężczyźni mają te swoje pałki i worki pod nimi, mówi się na nie kuśka i moszna. W mosznie znajdują się jądra, które wytwarzają płyn męski, za pomocą kuśki dostarczają ją nam do łona... już wiesz jak to wygląda - ciągnęła próbując powstrzymać się czerwienienie na twarzy - zaś my kobiety w naszych łonach mamy jajniki, które wytwarzają płyn żeński. W naszym łonie one się łączą i tak powstaje dziecko, które rośnie przez następne dziewięć miesięcy w naszym brzuchu.

Lawenda kiwała głową próbując wszystko zrozumieć, aż w końcu zapytała:

- To znaczy, że teraz będę w ciąży?
- Niekoniecznie, jeszcze musi być miedzy tymi płynami odpowiednia synchronizacja - sprostowała - zależy to od faz księżyca i wielu innych czynników
- Skąd to wszystko wiesz?
- Z książek - odparła Nadia wymijająco - teraz chodź ze mną do krzaka róży.

Jakoś kapłanka nie miała ochoty na opowiadanie tego jak w ciemnej świątynnej piwnicy razem z innymi akolitkami rozkrawała trupy. Nieprzyjemna rzecz, ale niezwykle pouczająca jeśli chodzi o medycynę. Dlatego w świątyniach-szpitalach po kryjomu praktykowano sekcję zwłok mimo, iż wiele instytucji potępiało taki proceder. Jednak rzeczywistość była taka, że przez niekończące się wojny łatwiej było o świeżego trupa niż o książkę z ilustracjami anatomicznymi.

Gdy stanęły pod krzakiem róży kapłanka zerwała jeden "wysuszony" owoc i dała go Marthcie do zjedzenia, po chwili zastanowienia zerwała jeszcze dwa. Jeden sama zjadła drugi dała podopiecznej. Nadia miała przeczucie, że jeden owoc na miesiąc byłby wystarczający, ale stwierdziła, że na wszelki wypadek zjedzą po jeszcze jednym.
- Boginii dała nam te owoce, żebyśmy nie zaszły w ciążę póki nie będzie ku temu odpowiednia pora - dodała dla wyjaśnienia - kobieta w ciąży powinna dużo jeść i mało pracować, a my teraz mamy mało jedzenia i musimy dużo pracować, toteż to jest zła pora na ciążę.

Lawenda wydała się by w pełni usatysfakcjonowana tymi wyjaśnieniami. Dlatego nie zostało im nic innego jak zając się przyziemnymi sprawami, na szybko upiekły parę ryb nad ogniem, ponieważ wszyscy zdążyli już porządnie zgłodnieć.

Po szybkim posiłku, podzielili się zadaniami. Róża zajęła się ziołami, Lawenda oprawiła resztę ryby przed ruinami, zaś mężczyźni za pomocą znalezionej gliny i kamieni (których było pełno w tych ruinach) spróbowali ulepić prosty piec. Spróbowali go wznieść w miejscu gdzie zawsze rozpalili ognisko, czyli pod dziurą w dachu.



Sama Nadia pracę w ogrodzie zaczęła od wyrwania kolczastego nasiona po czym z kopniaka wywaliła je cholerę. Podejrzewała, że to przez niego reszta ziół zaczęła usychać i gnić, no ale nie było co żałować, trzeba było działać. Po chwili zastanowienia kapłanka zdecydowała się na radykalne rozwiązanie. Postanowiła zebrać zioła, powód tego był prosty. Od dłuższego czasu ich dieta była dosyć monotonna, nic tylko mięcho i mięcho. Wobec tego nawet skromny ziołowy dodatek był wielkim wzbogaceniem diety. A zgodnie z podstawową zasadą medycyny lepiej było zapobiegać niż leczyć, dotyczyło to również szkorbutu i kurzej ślepoty. Dlatego zebrała część nadziemną ziół, oczyściła je z uschniętych i zgniłych części i schowała do swojej torby na zioła. Na koniec stwierdziła, że jednak spróbuje coś jeszcze odratować. Toteż w innym miejscu wykopała niewielki dołek, a następnie przeniosła do niego korzenie ziół wraz z ziemią, całość na koniec podlała. Być może, przy odrobinie łaski Bogini zioła z takiego przesadzenia odbiją, przynajmniej mięta. Mięta była bardzo łatwym w uprawie zielskiem, odbijała nawet z kawałka korzenia.

Czas mijał, Faren nie wracał, dlatego Nadia przystała na propozycję męższyzn. Kon i Join ruszyli na poszukiwania, zaś Nadia, Lawenda i Mordechai zaczęli ostrożnie rozpalać ogień w nowo zbudowanym piecyku tak, by odpowiednio go wypalić. Powstałe w czasie tego procesu pęknięcia od razu zalepiali świeżą gliną.
avatar
Xelacient

Liczba postów : 43
Join date : 25/11/2017

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Misja po Nowy Świat [sesja]

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Strona 2 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next

Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach